11 08.17 13:04
Nowszy wpis Starszy wpis

Kwiecień: Ciągle mówią, że Korona jest słaba, ale ta drużyna ma charakter

- Jestem jeszcze młodym zawodnikiem, który ciągle się uczy. Stale pracuję nad sobą. Wiem, że czasami za bardzo chcę pokazać się trenerowi i Kibicom, by pokazać się im z dobrej strony. Transfer do Jagiellonii traktuję jak awans sportowy. Nie przyszedłem tutaj jako turysta, ale chcę grać - powiedział w długiej rozmowie z jagiellonia.pl Bartosz Kwiecień. Obrońca "Żółto-Czerwonych" odniósł się również do rywalizacji o miejsce w składzie, wspominał dawne czasy w Koronie oraz zdradził, kto zrobił na nim największe wrażenie.

W poprzedniej kolejce ligowej debiutowałeś w meczu z Sandecją. Jakie emocje Ci towarzyszyły?
No trochę ich było. Chciałem pokazać się na nowym stadionie, przed nowymi Kibicami. Bardzo zależało mi na wygranej i dobrym występie. Co prawda przegraliśmy, a oczekiwania mieliśmy większe. Wiadomo jak rozpoczęliśmy sezon i po trzech kolejkach wielu liczyło na kolejną wygraną. Niestety, stało się inaczej.

Jesteś z drużyną od kilku dni. Czy w ogóle można w tak krótkim czasie nauczyć się kilku schematów?
Oczywiście na wszystko potrzeba czasu. Jestem profesjonalistą i chcę zrobić to możliwie najszybciej, ale z drugiej strony muszę również nauczyć się drużyny. Większość chłopaków kojarzę z ligowych boisk, ale nie mogę jeszcze powiedzieć, że już wiem i znam na pamięć styl gry każdego zawodnika Jagi.

Przychodzisz do Jagiellonii jako środkowy obrońca. Jak oceniasz swoich głównych konkurentów, Ivana Runje i Gutiego?
Obaj należą do ścisłego topu całej ligi. Swoimi umiejętnościami zdecydowanie przewyższają średnią. Z jednej strony wiem, że nie będzie łatwo wygrać z nimi rywalizacji. Cieszę się jednak, bo podpatrując ich mogę tylko na tym zyskać. Poza tym nie przyszedłem do Białegostoku by siedzieć na ławce rezerwowych i zwiedzać miasto. Walczę o skład, co nie będzie proste. Jagiellonia ma ukształtowaną „jedenastkę”, ale będę cierpliwie czekał na kolejne szanse.

Debiutowałeś w lidze kilka lat temu, ale dopiero wiosną wywalczyłeś stałe miejsce w Lotto Ekstraklasie. Jak bardzo się rozwinąłeś w tym czasie?
W Ekstraklasie miałem pojedyncze występy. Wszystko zmieniło się wraz z wypożyczeniem do Chrobrego Głogów, gdzie trafiłem na trenera Mamrota. To on na mnie postawił, pozwolił się rozwinąć. Dużo dały mi treningi z lepszymi zawodnikami, dlatego cieszę się, że mogę trenować u boku Runje i Gutiego. Ten progres zaowocował transferem do wicemistrza Polski.

Czy wiosna 2017 była najlepszą rundą w twoim wykonaniu?
Tak naprawdę musiałem nauczyć się grać w Lotto Ekstraklasie. W Kielcach trener Bartoszek postawił na mnie, nalegał na mój powrót. Dzisiaj jestem mu wdzięczny za szansę, którą otrzymałem. Wiadomo, że o losach trenerów decydują wyniki, dlatego szkoleniowcy wolą nie ryzykować stawiając na doświadczenie. Kto wie, być może dzisiaj byłbym w innym miejscu kariery, gdyby trener Ojrzyński został w Kielcach. Stało się jednak inaczej, ja na swoją okazję czekałem do wiosny, która z pewnością była jedną z najlepszych rund w moim wykonaniu.

W Kielcach najczęściej grywałeś w parze z Radkiem Dejmkiem.
Zgadza się. Grywałem z Radkiem lub Rafałem Grzelakiem, który latem przeniósł się do szkockiego Hearts.

Czy w Kielcach podpatrywałeś grę i styl pracy Djibrila Diawa, który zbierał pozytywne recenzje?
Szczerze powiedziawszy nigdy nie uważałem, że Djibril jest dużo lepszy ode mnie. Oczywiście to dobry zawodnik, który udowodnił swoją klasę. Z drugiej strony uważam, że w niektórych momentach to ja zasługiwałem na szanse. To jednak już za mną i nie wracajmy do przeszłości.

W rundzie wiosennej zdobyłeś jedną bramkę, która ostatecznie nie została uznana.
Szczerze powiedziawszy to nie wiem, czy piłka przekroczyła linię po moim uderzeniu, czy po dobitce Maćka Górskiego. Nie ma to jednak znaczenia, bo sędzia gola nie uznał, chociaż już po spotkaniu w Lidze+ Extra pan Sławek Stępniewski powiedział, że bramka jak najbardziej prawidłowa.

Nie uważasz, że gdyby arbiter uważał tak samo, to dzisiaj mistrz byłby w Białymstoku?
Trudno powiedzieć. Nie wiadomo, jak zareagowałaby Legia na straconego gola. Równie dobrze goście mogliby rzucić się na nas i wbić trzy lub cztery gole. Z drugiej strony w tamtym czasie trenerowi udało się zbudować silną obronę, która szczególnie w Kielcach tworzyła trudno do przeforsowania mur. Ja w rundzie dogrywkowej miałem dwie okazje. Z Jagiellonią fatalnie spudłowałem, a z Legią sędzia zareagował. To jednak już historia, a ja nie rozpamiętuję, tylko patrzę przed siebie.

Korona stała się rewelacją rundy mistrzowskiej. Sezon zakończyliście na piątym miejscu, chociaż przed jego rozpoczęciem byliście dyżurnym faworytem do spadku.
Te wieszczenie Koronie spadku zaczyna mnie śmieszyć i uważam, że jest słabe i żałosne. Ileż to razy słyszałem, że w kolejnym sezonie kielczanie są za słabi i do niczego się nie nadają. Tymczasem drużyna pokazywała charakter. Stadion w Kielcach stał się trudnym terenem, mało komu udaje się tam wygrać, a to, że w „Złocisto-Krwistych” nie ma głośnych nazwisk nie oznacza, że chłopaki nie potrafią grać w piłkę. Najbardziej jaskrawym przykładem jest Kuba Żubrowski. Przyszedł do nas ze Stali Mielec, szybko wkomponował się w zespół i jestem pewien, że niebawem będzie biła się o niego czołówka naszej ligi. Będąc piłkarzem Korony często słyszałem, że tym razem nic nas nie uratuje. Kto wie, być może łatwiej bronić się z takiej pozycji.

Niemniej wasz awans do najlepszej ósemki przypominał roller coaster. Najpierw rozpacz po przegranej z Termalicą, a po chwili radość dzięki bramce Kante.
Wahania emocji z tamtego spotkania pozostaną niezapomniane. To było coś niesamowitego. Chciałbym również w Białymstoku doświadczyć czegoś podobnego.

Na filmach widać było waszą euforyczną radość po zakończeniu meczu z Termalicą?
Absolutnie nie zgadzam się z opiniami, że weszliśmy do „ósemki” dzięki bramce Kante. Przecież wcześniej potrafiliśmy urwać punkty przy Łazienkowskiej, zdobyć „oczka” z Lechią oraz wygrać ciężkie spotkanie z Ruchem Chorzów. W tym kontekście mówienie wyłącznie o szczęściu jest niesprawiedliwe.

Nie byłoby jednak tamtej Korony bez trenera Bartoszka. W czym tkwiła tajemnica jego sukcesu?
Trudno mi mówić o jego początkach, ponieważ kiedy wchodził on do szatni, ja znajdowałem się na wypożyczeniu do Chrobrego. Mnie osobiście uderzył fakt, że szkoleniowiec osobiście mocno naciskał na mój powrót do Kielc. Pokazał, że bardzo mu na mnie zależy. Tajemnicą jego sukcesu jest jego osobowość. To po prostu bardzo dobry człowiek, który ma ludzkie podejście do wielu spraw. Potrafi zrozumieć człowieka, jego problemy. Różnie przecież w życiu bywa, kiedy ktoś miał ślub siostry, pogrzeb w rodzinie, trener nigdy nie robił problemów. Po prostu zwalniał z zajęć lub tak ustawiał plan dnia, że był czas na załatwienie własnych spraw. Poza tym dużo rozmawiał z zawodnikami. Każdego wypytywał o sprawy w domu, interesował się nami. Potrafił budować genialną atmosferę, ale kiedy nadchodził czas pracy to nikomu nie odpuszczał. Ma mega warsztat, a jednocześnie jest doskonałym psychologiem. Potrafił w każdym wykrzesać najlepsze cechy. Dziwię się, że jeszcze pozostaje bez pracy. Mówimy w końcu o treneru sezonu w Lotto Ekstraklasie.

Jak odebraliście to wyróżnienie? Przecież w pokonanym polu zostawił Michała Probierza i Jacka Magierę.
Trochę niezręcznie jest mi wypowiadać się w tym temacie. Oczywiście trenerzy Probierz i Magiera osiągnęli wielkie wyniki, ale z drugiej strony w porównaniu do Jagiellonii i Legii Korona miała zdecydowanie mniejszy potencjał. Mimo tego nasz szkoleniowiec potrafił tchnąć w nas wiarę we własne umiejętności. Myślę, że ta wygrana jest zasłużona. Pamiętajmy, że głosy oddawali piłkarze i trenerzy, zatem jej wartość jest o tyle większa.

Jak przyjęliście informację o odejściu trenera?
Było to dziwne i jednocześnie smutne. Z drugiej strony musimy pamiętać, że każdy właściciel ma prawo do doboru własnych personaliów. To on sponsoruje klub, więc układa go według własnego zamysłu, a my jako piłkarze po prostu musimy to zaakceptować. Czy w przypadku Korony zmiany idą w dobrym kierunku? Myślę, że przekonamy się o tym wraz z upływem czasu. Mnie osobiście uderzyło profesjonalne podejście trenerów Bartoszka, Kuzery, Tworka i Robakiewicza. Przecież wszyscy wiedzieli, że odchodzą, a my o tej sytuacji rozmawialiśmy w szatni zaledwie jeden raz. Poza tym nie poruszaliśmy tej kwestii, a szkoleniowcy jeszcze bardziej motywowali nas do jeszcze cięższej pracy. Mieliśmy zrobić mega wynik. Niejeden w tej sytuacji machnąłby na wszystko ręką i zwyczajnie odpuścił wiedząc, że za chwilę nie będzie go w klubie. My natomiast wrzuciliśmy jeszcze wyższe obroty. Zajęliśmy 5. miejsce, wyrównaliśmy najlepsze osiągnięcie w dziejach klubu.

Latem do mediów przedostawały się różne informacje z szatni Korony o rzekomych konfliktach na linii Gino Lettieri – zawodnicy. Czy naprawdę wasze relacje z nowym szkoleniowcem były tak złe?
Musimy pamiętać o tym, że Maciej Bartoszek odcisnął bardzo mocne piętno na Koronie. Nowy trener był postawiony w trudnej sytuacji. Na początku docieraliśmy się, poznawaliśmy siebie, styl pracy. Wraz z upływem czasu wszystko jednak się poukładało, a dotychczasowe wyniki pokazują, że chyba jest dobrze.


Trenerzy Bartoszek i Mamrot są tymi, którzy dali Ci najwięcej w dotychczasowej przygodzie z piłką. Jakbyś ich porównał?

Długo mógłbym mówić o trenerze Mamrocie, ale nie chcę, by to było odbierane jako podlizywanie się. Na pewno są to dwie różne osobowości, jednak i jeden i drugi mają doskonały warsztat pracy. Obaj są bardzo dobrymi trenerami.

Do Korony trafiłeś z Juventy Starachowice, w której zaczynałeś z graniem w piłkę. Czy tamten klub jeszcze w ogóle istnieje?
Od kilku lat nie ma już sekcji seniorskiej. W moim ostatnim sezonie grania w Starachowicach na poziomie III ligi walczyliśmy o utrzymanie. Zrobiliśmy to mając w drużynie samych juniorów. Mimo tego zespół nie przystąpił do kolejnych rozgrywek, ze względu na brak sponsora. Dzisiaj Juventa ma zatem jedynie grupy młodzieżowe.

Trudno zatem przebić się z takiej miejscowości jak Starachowice do dużego grania?
Talentów nie brakuje, ale już bez zespołu seniorskiego przebić się jest bardzo ciężko. Mamy co prawda Star, ale jego organizacja to jest koszmar. Myślę, że niejeden LZS nie ustępuje pod tym względem drużynie ze Starachowic. W efekcie chłopaki muszą kombinować, aby gdzieś zaistnieć. Kilku potrafiło się przebić. Niedawno jeden podpisał nawet umowę z Wisłą Kraków.

Czyli i dla Ciebie przeskok z III ligi do Ekstraklasy musiało być dużym szokiem. Jak wspominasz przejście z Juventy do Korony?
Przeskok był ogromny. Grając jeszcze w III lidze zostałem zaproszony na testy przez Koronę. Po sparingu trener Ojrzyński zapowiedział, że chce mnie w drużynie. Wchodząc do klubu zobaczyłem inny świat, stadion, otoczkę, organizację pracy, bazę treningową, sztab szkoleniowy i medyczny oraz osobowości, takie jak m.in. Paweł Golański, który zetknął się z piłką na najwyższym poziomie. W wejściu do zespołu bardzo mi pomogli wspomniany Paweł, Maciek Korzym, Kamil Sylwestrzak oraz Kamil Kuzera.


Liczba kartek, które masz na koncie sugeruje, że lubisz ostrą grę.

Staram się nad tym pracować. To nie jest tak, że wchodząc na boisko chcę kogoś skrzywdzić lub się odegrać. Po prostu czasami za bardzo chcę się pokazać trenerowi i kibicom. Wiem, że mam szansę. Jestem mega zmotywowany, walczę o każdą piłkę, a wiadomo, że jak za bardzo się chce, to nie zawsze wychodzi. To oczywiście kwestia głowy, opanowania emocji. Nigdy nie dostałem kartki za gadanie, odkopnięcie piłki, czy za jakąś głupotę. Jeżeli mnie karano, to za walkę. Popełniam błędy, jestem młodym chłopakiem i zrobię wszystko, aby w przyszłości popełniać ich możliwie najmniej.

Przychodząc do Korony trafiłeś na tzw. „bandę świrów”. Kielecka szatnia uchodziła wtedy za wzór dla całej Polski.
Nigdy wcześniej, ani później nie byłem w takiej szatni, takim środowisku. W drużynie dominowali Polacy. Tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Każdy szedł za każdym nawet w ogień. Podczas sparingów, gdy ktoś przyostrzył grę i dochodziło do przepychanek, to cała ławka łącznie z trenerami była gotowa iść do bitki. Fajnie czuć takie wsparcie za plecami. Tamta szatnia była bardzo charakterna, a to dodawało pewności siebie. Oczywiście zmieniały się personalia, przychodzili nowi ludzie. W Koronie pojawiało się coraz więcej obcokrajowców, którzy może nie do końca czuli i akceptowali tamten klimat. Charakter drużyny zmieniał się, ale tamta banda świrów była jedną w swoim rodzaju.

Będąc w Koronie trafiłeś na kilku nietuzinkowych zawodników. Który z nich wywarł na tobie największe wrażenie?
W polskich realiach kimś takim jest Jacek Kiełb. On jednym zagraniem może odmienić losy gry. Bardzo dobrym piłkarzem był Miguel Palanca, ale zdecydowanie największe wrażenie zrobił na mnie Oliver Kapo. Francuz przychodząc do Kielc wyglądał bardzo słabo, był zupełnie nieprzygotowany. W szatni na początku żartowaliśmy, że sprowadzono nam totalnego "trupa", z którego nic już nie będzie. Niektórzy śmiali się, że to może jego brat lub sobowtór. On jednak nie przyjechał tutaj, by odcinać kupony, ale dużo pracował indywidualnie. Widać było, że bardzo mu zależy. W pewnym sensie pokazywał nam, młodym, jak ważne jest odpowiednie przygotowanie, praca indywidualna. Kiedy już wskoczył na swój poziom to na treningach nieraz potrafił nas zadziwić. W niektórych sytuacjach boiskowych decydował się na takie zagrania, o których niektórzy z nas nawet by nie pomyśleli. Patrząc na niego myśleliśmy, że skoro Kapo tak wygląda i tak gra, to jak wiele muszą potrafić ci najlepsi.

W niedzielę wracasz do Kielc, miejsca w którym zaczynałeś przygodę z Ekstraklasą. Jakiego przywitania się spodziewasz?
Oczywiście pochodzę ze Świętokrzyskiego, wychowywałem się na meczach Korony w Ekstraklasie. Z drugiej strony jestem piłkarzem zawodowym i muszę również myśleć o własnym rozwoju, a krokiem do przodu jest transfer do Jagiellonii, aktualnego przecież wicemistrza Polski. Jakiego przywitania się spodziewam? To już zależy od kibiców. Wokół mojego transferu pojawił się szum medialny. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia. Oczywiście byłem i nadal jestem scyzorykiem, na trybunach zasiada wielu moich kolegów oraz przyjaciół, jednak w niedzielę jedyne co mnie usatysfakcjonuje to wygrana Jagiellonii.