11 01.18 09:55
Nowszy wpis Starszy wpis

Wasiluk: Człowiek z żelaza? Na pewno nie po pierwszej kontuzji

- Moim marzeniem pozostaje zdobycie tytułu mistrzowskiego z Jagiellonią. Pamiętam Jagę w IV lub III lidze, sam pomogłem drużynie w awansie do Ekstraklasy. Po odejściu śledziłem jej losy. Jestem białostoczaninem, wychowankiem tego zespołu. Najchętniej, jak to często mówił Jonek Straus, podpisałbym kontrakt dożywotni z opcją zmartwychwstania - mówi w dużym wywiadzie z jagiellonia.pl środkowy obrońca "Żółto-Czerwonych", Marek Wasiluk.

W grudniu wróciłeś na boiska ligowe po kontuzji kolana i rehabilitacji. Wydaje się, że twoja przerwa była krótsza niż przy pierwszej kontuzji.
Faktycznie, w 2015 roku urazu doznałem w lutym, a na boisku w Ekstraklasie ponownie zameldowałem się w listopadzie, jednak wtedy już pod koniec września grałem w rezerwach. W tym roku urazu doznałem w kwietniu, natomiast w grudniu grałem już w meczu mistrzowskim, a na pełnych obrotach trenowałem od października. Wystąpiłem w listopadowym sparingu z Nemanem Grodno. Starałem się nie zaniedbać ani chwili, aby wrócić możliwie najszybciej. Skupiając się na samym czasie, był on bardzo podobny. Z drugiej strony ta druga rehabilitacja przebiegała znacznie spokojniej.

Jak psychicznie poradziłeś sobie z tą ostatnią kontuzją?
Nie ukrywam, że trudniej było mi się pogodzić z pierwszą kontuzją. Wtedy wypadłem będą zawodnikiem pierwszej jedenastki. Urazu doznałem podczas meczu z Legią, kiedy wygraliśmy przy Łazienkowskiej. Jak później się okazało bez więzadła dograłem 40 minut, ponieważ nie chciałem schodzić z boiska. Kiedy dowiedziałem się, że mam tak poważną kontuzję kolana byłem zdruzgotany. Czułem zaufanie trenera, miałem za sobą solidnie przepracowaną zimę. Tymczasem nagle musiałem zmierzyć się z rehabilitacją. Pojawił się żal i złość, że coś mi ucieka. W ubiegłym roku przyjąłem wszystko z większym spokojem. Wiedziałem już, że zerwane więzadło to nie koniec świata i sam uraz nie jest taki straszny, jak go niektórzy malują. Po prostu trzeba robić swoje, krok po kroku wracać do zdrowia. Poza tym doznając drugiej kontuzji nie byłem podstawowym obrońcą. Najbardziej bolało mnie, że nie mogę towarzyszyć drużynie, być z nią w dniu meczowym, obserwować wszystkiego z bliska. Ostatnie miesiące były dla mnie czasem wytężonej pracy, bo w rehabilitacji najważniejsza jest systematyczność. Niczego nie wolno zaniedbać.

Wielu sportowców podkreśla, że rehabilitacja jest dużo gorsza od samego treningu. Nie dość, że monotonna, to nie ma od niej wolnego.
Zależy od podejścia psychicznego. Oczywiście rehabilitacja nie jest niczym przyjemnym, ale mi dodatkowego kopa dodają widoczne postępy. To mnie mobilizuje i nakręca. Sam również lubię popracować nad sobą, pójść na siłownię lub na basen. Dużo pomogli mi trener Piotr Jankowicz, fizjoterapeuta Paweł Konarzewski i oczywiście nasz doktor Krzysztof Koryszewski, którzy poświęcili dużo czasu mojemu powrotowi na boisko. Przez cały okres powrotu do sprawności czułem też ogromne wsparcie władz klubu, całego sztabu i kolegów z drużyny, a to naprawdę pomaga w rehabilitacji. Latem nie miałem wakacji, bo chciałem nadgonić stracony czas. Na szczęście mam wyrozumiałą żonę, która doskonale rozumie priorytety i jestem pewien, że jeszcze sobie ten czas odbijemy.

Czy przy drugiej kontuzji kolana nie pojawiły się myśli, że powoli zbliżasz się do momentu końcowego swojej kariery?
Nie ma co ukrywać, że na początku pojawiały się takie myśli. Przecież niejeden zawodnik nie zdołał wrócić do pełnej sprawności po takich kontuzjach, czy to z powodu nieudanej operacji, czy komplikacji z rehabilitacją. Na szczęście szybko wyrzuciłem je z głowy, w czym pomogły postępy w leczeniu widoczne z dnia na dzień. W ubiegłym roku skończyłem 30 lat i chcę grać w piłkę możliwie najdłużej. Jeżeli będę mógł grać do 40 na wysokim poziomie, to zechcę to zrobić. Czuję jeszcze pewien niedosyt związany ze swoją karierą, chociaż tych medali zdążyłem już trochę zdobyć.

Czy nazwałbyś się człowiekiem z żelaza?
Po pierwszej kontuzji na pewno nie. Było ciężko, ale wtedy ze wsparciem przyszła rodzina oraz najbliżsi. Za drugim razem był większy spokój. Już wracając z Gliwic zdawałem sobie sprawę, że może być źle. Mimo tego nie rozpaczałem, nie narzekałem. Jechałem uśmiechnięty i szczęśliwy z wygranej oraz pierwszego miejsca na zakończenie zasadniczej części sezonu. To się stało i nie da się odwrócić pewnych rzeczy, a myślenie negatywne w niczym nie pomaga. Do wszystkiego podchodziłem z dużym optymizmem, a moim zdaniem leczenie zaczynasz w głowie.

Sam wspomniałeś, że ubiegły sezon dużo Cię nauczył i pokazał, jak ważną rolę w drużynie pełnią rezerwowi.
To duża sztuka dla każdego trenera, umieć znaleźć dobrego bramkarza czy środkowego obrońcę, który będzie potrafił być zawodnikiem rezerwowym na swojej pozycji, a jednocześnie będzie podnosił poziom rywalizacji. Przecież na przykład Dawid Szymonowicz w wielu klubach Ekstraklasy miałby w poprzednim sezonie pewne miejsce w wyjściowej jedenastce, a w Jagiellonii na swoją szansę czekał, podobnie jak ja, blisko osiem miesięcy. Nie da się ukryć, że liczyliśmy kartki u naszych konkurentów. Taka sytuacja nie jest łatwa, bo nie spełniasz swoich indywidualnych ambicji. Oczywiście, drużynie szło znakomicie, ale ja indywidualnie czułem niedosyt. Trzeba umieć to przyjąć, aby codziennie pracować na treningach na najwyższym poziomie, a jednocześnie nie marudzić w szatni, nie psuć atmosfery w drużynie. Funkcjonuję w piłce wiele lat i wiem jak jest to ważne.

Były momenty frustracji?
Może nie frustracji, ale sportowej złości. Pamiętam jak w zeszłym sezonie w spotkaniu z Zagłębiem Lubin Guti dostał żółtą kartkę, która wykluczała go z kolejnej potyczki przeciwko Cracovii. Wszyscy wiedzą, że zawsze mam coś do udowodnienia zespołowi "Pasów". Brazylijczyk gra jako "półlewy" obrońca, czyli pozycja idealnie pode mnie. Tymczasem trener postawił na Dawida Szymonowicza. W pierwszej myśli pojawiło się mnóstwo negatywnej energii, musiałem jednak to przezwyciężyć, nie siać fermentu w szatni. Po prostu skupić się na swojej robocie i to przyniosło dobry efekt, bo tydzień później to ja dostałem szansę w Gliwicach, gdzie moim zdaniem pokazałem się z dobrej strony. Poza tym wygrana zapewniła nam mistrzostwo rundy zasadniczej, więc była satysfakcja z dobrze wykonanej roboty.

Od momentu twojego powrotu do Jagi minęło trzy i pół roku. Ostatnie sezonu to złoty okres piłki ligowej w Białymstoku, bo "Żółto-Czerwoni" wywalczyli dwa historyczne medale mistrzostw Polski. Czy wkurza Cię, że kontuzje uniemożliwiły Ci grę w Lidze Europy z Jagą właśnie?
Tak się to potoczyło. Moim marzeniem pozostaje zdobycie tytułu mistrzowskiego z Jagiellonią. Pamiętam Jagę w IV lub III lidze, sam pomogłem drużynie w awansie do Ekstraklasy. Po odejściu śledziłem jej losy. Jestem białostoczaninem, wychowankiem tego zespołu. Najchętniej, jak to często mówił Jonek Straus, podpisałbym kontrakt dożywotni z opcją zmartwychwstania. Chciałbym zapisać się w historii tego klubu, jako ten, który coś z nim osiągnął.

Jesteś jednym z niewielu wychowanków Jagi, któremu w ostatnich latach udało się coś w piłce osiągnąć. Po erze Frankowskiego, Sobolewskiego, Chańki i Citki tylko nielicznym udało się ugrać duże wyniki na polskim podwórku. Czy patrzysz na siebie jako wizytówkę jagiellońskiej szkółki piłkarskiej?
Niedawno o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że tych talentów było więcej, ja jednak zawsze ciężko pracowałem. To głównie z tego się wzięło, że najpierw z juniorów przebiłem się do rezerw. W drugim zespole musiałem podejmować rywalizację z zawodnikami, których ówczesny szkoleniowiec pierwszej drużyny, Adam Nawałka, do nas odsyłał. Tam mogłem się przekonać, że w niczym od nich nie odstaję. To obecny selekcjoner powoływał mnie do meczowej osiemnastki w rozgrywkach II ligi. Czy czuję się wizytówką? Na moje wyniki złożyło się wiele czynników, nie tylko praca, ale również szczęście oraz znalezienie się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Z drugiej strony od rocznika 84 przez Akademię Jagiellonii przewinęły się setki chłopaków, a tylko nieliczne jednostki funkcjonują dzisiaj w dorosłej piłce. Poza mną jest Adrian Karankiewicz będący obecnie w Stomilu Olsztyn, Grzesiek Sandomierski, niedawno powołania do kadry otrzymywał Damian Kądzior, jest Karol Mackiewicz, czy Bartek Drągowski.

W 2007 roku wraz z Jagą awansowałeś do Ekstraklasy i pierwszy sezon był dla Was jako drużyny bardzo dziwny. Dobrym podsumowaniem był wywiad z Radosławem Kałużnym, który w rozmowie z dziennikarzem Canal Plus użył kilku bardzo mocnych słów. Dlaczego zagraliście dwie tak różne rundy?
W tamtym zespole było wielu zawodników z regionu, którzy dopiero uczyli się gry w Ekstraklasie. Na dziewięć kolejek przed końcem mieliśmy 27 „oczek" i wydawało się, że spokojnie zapewnimy sobie utrzymanie. Tymczasem przegraliśmy jeden, drugi, trzeci mecz. Zaczęła pojawiać się presja i nie podołaliśmy w tamtym momencie. Pierwsza runda była dla mnie bardzo udana. Nawet zimą pojawiła się opcja przenosin do Cracovii, jednak zostałem w Jagiellonii, aby grać. Nie interesowały mnie wyższe zarobki. Po prostu dobrze się tutaj czułem i myślałem, że pozostanie w Białymstoku będzie możliwie najlepszą decyzją. Tymczasem wiosną grałem rzadziej, wchodziłem z ławki rezerwowych, a drużyna dołowała. Ostatecznie „Pasy" zasiliłem w kolejnej rundzie. Myślę, że w rundzie wiosennej zabrakło nam tego doświadczenia.

Byłeś jednym z najmłodszych zawodników w tamtym zespole. Jak dużo dała Ci gra u boku Rodneia i Radosława Kałużnego? Pierwszy z powodzeniem grał w silnych klubach na zachodzie Europy, a drugi powoli kończył bogatą karierę.
Mi najwięcej dało kilka meczów z Tomaszem Wałdochem, z którym grałem jeszcze w drugiej lidze. Sama jego postawa, podejście do obowiązków piłkarza i wielka klasa. Często razem ćwiczyliśmy na treningach i już wtedy wiedziałem co mam robić. Trener na mnie postawił, a ja występowałem u boku byłego reprezentanta Polski. Z nim zrobiłem większy postęp, niż przez kolejne dwa lata. Rodnei był świetnym zawodnikiem, ale on podobnie jak ja należał do tych najmłodszych. Poza tym nie porozumiewał się ani po polsku, ani po angielsku, więc nasz kontakt był w jakimś stopniu ograniczony. Mimo tego starałem się nim opiekować i pomagać, co zostało mi do dzisiaj, bo chcę, żeby każdy nowy zawodnik dobrze czuł się w Białymstoku. Pod względem piłkarskim Rodnei już wtedy znajdował się na wyższym poziomie. Radek, podobnie jak Tomek był legendą reprezentacji Polski, miał na koncie grę na Mistrzostwach Świata oraz w Lidze Mistrzów. Jego podpowiedzi były dla mnie jako tego młodego bardzo cenne. W szatni cieszył się ogromnym autorytetem.

Który etap w swojej karierze wspominasz najmilej?
Z sześciu lat spędzonych poza Jagiellonią najmilej wspominam oczywiście lata, w których grałem dla Śląska Wrocław. Z tą drużyną wywalczyłem mistrza Polski, później ugraliśmy również trzecie miejsce oraz doszliśmy do finału rozgrywek o Puchar Polski, w którym musieliśmy uznać wyższość Legii Warszawa. Pomimo ostatecznego niepowodzenia po latach bardzo cenię tamten sukces, bo nikt nie dał nam awansu za darmo. Pobyt w Cracovii nie był najlepszym pod względem sportowym, ale poznałem tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuję bardzo dobre relacje. Podobnie było w Widzewie, który od kilku lat pozostaje poza Ekstraklasą ale nadal jest wielkim klubem i życzę im szybkiego powrotu do Ekstraklasy. Kiedy broniłem barw łódzkiego klubu na wyjazdach zawsze mogliśmy liczyć na liczne wsparcie. Wtedy zespół spadł do I ligi i zapewne wielu po moim transferze do Białegostoku pukało się w głowę pytając, co gość, który dopiero co zaliczył degradację zamierza robić w Jagiellonii. Tymczasem pierwsza runda po moim powrocie była naprawdę dobra. Zadomowiłem się na lewej stronie obrony i poszedłem krok do przodu. Wszystko zmieniła kontuzja kolana.

W swojej karierze zetknąłeś się z kilkoma trenerskimi twardymi charakterami. W Jagiellonii wchodziłeś do drużyny za kadencji Adama Nawałki. Później w Cracovii i Śląsku trafiłeś na Oresta Lenczyka, a po powrocie do Białegostoku na Michała Probierza. Jak radziłeś sobie z tymi twardymi charakterami?
Wydaje mi się, że z każdym z tych trenerów miałem dobry kontakt. Tak po prostu, po ludzku. Oni mnie szanowali, a ja ich. Oczywiście bywały różne etapy w mojej karierze, raz grałem częściej, bywały miesiące kiedy leczyłem kontuzje lub siedziałem na ławce rezerwowych. Żadna z tych sytuacji nigdy nie rzutowała na moje relacje ze szkoleniowcami i z każdym na końcu podawaliśmy sobie rękę. Dzisiaj z wszystkimi wymienionymi wyżej szkoleniowcami mam bardzo dobre relacje. Ponadto nie jestem typem zawodnika, który będzie codziennie pytał „Co mam robić, aby grać?" Po prostu zawsze daję z siebie maksa i liczę, że ktoś to doceni i nagrodzi. Do swoich obowiązków zawsze pochodzę profesjonalnie.

Czy przed sezonem 2011/12 zakładaliście, że ze Śląskiem możecie sięgnąć po tytuł? Przecież rozpoczynaliście rozgrywki jako wicemistrz Polski, a w drużynie nie brakowało znanych nazwisk z Milą, Fojutem, czy Kelemenem na czele.
Mieliśmy bardzo dobrą drużynę. Przychodziłem do Śląska z rezerw Cracovii i nie ukrywam, że był to dla mnie duży przeskok. Bo nagle z rywalizacji na poziomie III ligi zacząłem grać w Lidze Europy. Co prawda przeciwko Dundee trener Lenczyk stawiał jeszcze na innych zawodników, ale już w starciach przeciwko CSKA Sofia i Rapidem Bukareszt znalazłem się w drużynie. Nagle pojawiło się zdziwienie, że gość z rezerw Cracovii wchodzi do zespołu i daje radę. Od początku sezonu miałem przeczucie, że możemy coś fajnego ugrać. W pierwszych meczach szkoleniowiec dużo rotował, ustawiając różne jedenastki na mecze ligowe i pucharowe. Mimo tego zespół potrafił nieźle radzić sobie w Europie, a w lidze szybko wskoczyliśmy na pierwsze miejsce. Jeszcze w sierpniu wygraliśmy z Legią przy Łazienkowskiej i to nas utwierdzało w przekonaniu, że mamy dwie silne jedenastki. W super formie byli skrzydłowi - Waldek Sobota, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej i Piotrek Ćwielong. Stąd wzięło się to, że byliśmy w czubie. Później źle weszliśmy w nowy rok, ale dzięki udanej końcówce odzyskaliśmy prowadzenie, którego już nie wypuściliśmy.

Był moment w takim sezonie, kiedy wydawało się, że to jednak Legia sięgnie po tytuł. Zespół z Warszawy zaczął pięć się w tabeli, a u Was nie działo się zbyt wesoło w szatni. Także z powodów pozasportowych.
Przed Wielkanocą nie wiodło się nam najlepiej. Traciliśmy punkty i dystans do Legii, ponadto naszą szatnią wstrząsały kolejne aferki. Myślę, że przełomem był mecz z GKS-em Bełchatów, który rozgrywaliśmy w Wielką Sobotę. Wygraliśmy 1:0 po karnym strzelonym w 85. minucie. Tymczasem to „Brunatni" powinni byli nas zmasakrować na boisku. Na początku Dawid Nowak nie wykorzystał „jedenastki", a później Marian Kelemen wyczyniał cuda w bramce. Bracia Mak kręcili nami straszni, a my wygraliśmy mecz, którego nie mieliśmy prawa zremisować. Po spotkaniu powiedzieliśmy sobie w szatni, że zwyciężyliśmy nie bez powodu. Takie sukcesy cementują zespół bardziej, niż zwycięstwa różnicą czterech goli po fenomenalnej grze. Od tego meczu wróciliśmy na właściwe tory, co pozwoliło nam sięgnąć po tytuł.

Rok później byliście o krok od Pucharu Polski. Co prawda we Wrocławiu Legia wygrała dość gładko 2:0, jednak w rewanżu przy Łazienkowskiej szybko objęliście prowadzenie i napędziliście stresu gospodarzom.
W rewanżu akurat nie zagrałem z powodu nadmiaru żółtych kartek. Faktycznie po pierwszym spotkaniu we Wrocławiu niewielu w nas wierzyło, tymczasem my po końcowym gwizdku czuliśmy potężny niedosyt. Blisko szczęścia był Piotrek Ćwielong, jednak po jego strzale piłka zatrzymała się na poprzeczce, a wtedy prowadziliśmy już 1:0. W tamtym czasie dobrze grało nam się na stadionie Legii. Wcześniej zdobyliśmy tam Superpuchar wygrywając po karnych, w dwóch wcześniejszych sezonach wygraliśmy ligowe starcia przy Łazienkowskiej.

Sezon po mistrzostwie udało się Wam zakończyć na podium, za plecami Legii i Lecha. Czy tamto miejsce było dla Was zaskoczeniem?
Nie, bo byliśmy mocni kadrowo. Przecież Śląsk na przestrzeni pięciu lat cztery razy kończył zmagania w najlepszej czwórce. Nic nie wskazywało, że to tak szybko i niespodziewanie się skończy.

Nikt inny jak Ty nie może powiedzieć tak wiele na temat magii futbolu. Przecież sezon po spadku z Widzewem świętowałeś trzecie miejsce w Ekstraklasie.
Takich roller coasterów w karierze miałem zdecydowanie więcej. Przecież do Śląska przychodziłem z rezerw Cracovii i później świętowałem mistrzostwo kraju oraz trzecie miejsce. Następnie wróciłem do Krakowa, gdzie miałem problemy z grą, potem z Widzewem z spadłem z ligi. Wróciłem do Jagiellonii, z którą zdobyłem kolejne dwa medale. To tylko pokazuje piękno i nieprzewidywalność futbolu. Kocham piłkę i marzę o tym, żeby grać przynajmniej do „40"!