10 09.19 14:02
Nowszy wpis Starszy wpis

Błyszko: Musiałem szybko wydorośleć

Jest ostatnim letnim transferem Jagiellonii. Przyszedł do naszego klubu z drugoligowych Błękitnych Stargard. W rozmowie z jagiellonia.pl Wojtek Błyszko opowiada, jak wyglądają jego pierwsze dni w Jadze, kto go ostatecznie namówił na przyjście do Białegostoku, dlaczego zdecydował się odejść z Niemiec i jak… nie rozpoznał Federico Chiesy. Zachęcamy do lektury wywiadu!

Jesteś w Jagiellonii od kilku dni. Jak one minęły?
Bardzo dobrze, dziękuję. Od samego początku mogę mówić o dużym szczęściu, ponieważ już w dniu podpisania kontraktu nasza drużyna wygrała na wyjeździe z Koroną Kielce. Zatem tamtego dnia miałem przynajmniej dwa powody do zadowolenia. Nowi koledzy przyjęli mnie w bardzo dobry sposób. Każdy oferował mi pomoc. Oczywiście bliżej mi do tych najmłodszych. Niemniej i z bardziej doświadczonymi mam dobry kontakt.

Czy coś specjalnie rzuciło Ci się w oczy?
Myślę, że różnica między treningami tutaj oraz w Stargardzie. Na poziomie Ekstraklasy ćwiczy się na dużo większej intensywności. Nie przyszedłem jednak do Białegostoku, aby spoczywać na laurach, tylko stale się rozwijać. Zdaję sobie sprawę, że przede mną jeszcze mnóstwo pracy, ale chcę stale się poprawiać.

Po meczu z Koroną trener Mamrot zapowiadał, że pierwszy tydzień przerwy reprezentacyjnej będzie poświęcony na ciężką pracę.
I faktycznie tak było. Przed tygodniem intensywnie pracowaliśmy m.in. na siłowni, a także na boisku. Nie mieliśmy lekko, ale ile potu wylejemy na sali lub murawie, to zaprocentuje później podczas meczu. Same zajęcia były bardzo fajnie, urozmaicone oraz rozwijające. Przyszedłem tutaj z bardzo konkretnym postanowieniem i chcę to osiągnąć.

Jaka była reakcja, kiedy zgłosiła się po Ciebie Jagiellonia Białystok?
Było to miłe uczucie, że potencjał dostrzegli we mnie zarówno trenerzy jak i włodarze klubu. Jagiellonia w ostatnich latach wpisała się w ścisłą czołówkę polskiej piłki, dwa wicemistrzostwa, w ubiegłym sezonie finał rozgrywek o Puchar Polski. Wydaje mi się, że do spełnienia Jadze brakuje tylko zwycięstwa w lidze. Liczę również na osobisty rozwój, wiem gdzie niedomagam, co muszę poprawić. Wierzę, że z pomocą trenerów osiągnę swój cel.

Czy Jagiellonia jako jedyna złożyła Ci ofertę?
Nie, ponieważ otrzymałem bardzo konkretne oferty z Górnika Zabrze i Wisły Płock. Dochodziły do mnie także słuchy o zainteresowaniu ze strony Pogoni Szczecin oraz Arki Gdynia, jednak na doniesieniach i plotkach się skończyło.

Dlaczego zatem zdecydowałeś się na Jagę?
Było kilka powodów. Wiedziałem, że przechodzę do jednego z najlepszych klubów w Ekstraklasie. Poza tym Jagiellonia ostatnio stale się rozwija. Drużyna gra na pięknym, nowoczesnym stadionie. Niedawno otwartą bazę treningową. W stosunku do wielu innych klubów to olbrzymia przewaga. Poza tym urzekło mnie, że bezpośrednio kontaktował się ze mną trener Ireneusz Mamrot. Nakreślił mi wizję naszej współpracy oraz mojego rozwoju. Widać, że ma pomysł na mnie w zespole. Dlatego zdecydowałem się na przenosiny do Białegostoku.

Przyszedłeś do Jagiellonii w miejsce Nemanji Mitrovicia. Jak widzisz siebie w konkurencji z Ivanem Runje, Zoranem Arseniciem i Bartkiem Kwietniem?
Faktycznie, ta konkurencja w Jagiellonii jest bardzo mocna, ale przy takich zawodnikach mogę się tylko nauczyć. Już samo przebywanie na treningach w takim towarzystwie wpłynie pozytywnie na mój rozwój. Wszyscy wymienieni powyżej piłkarze zjedli zęby, sporo osiągnęli. Z drugiej strony od pierwszego treningu mogę liczyć na ich wsparcie, pomoc oraz cenne wskazówki. Każdą radę biorę mocno do serca bo wiem, że mogę na tym tylko skorzystać.

Liderem tej formacji jest właśnie Ivan, u boku którego grałeś w sparingu z Dynamem.
Podziwiam go za jego pewność siebie. Oglądając mecze Jagiellonii zwracałem uwagę, że czasami wychodził w drugą linię i próbował rozpoczynać akcję ofensywną „no-look passem”. Tylko ktoś bardzo pewny siebie i swoich umiejętności może tak kozaczyć na boisku. Z drugiej strony sporo już osiągnął, grał przeciwko najlepszym na świecie w Lidze Mistrzów, a w naszej lidze należy do najlepszych środkowych defensorów. Cieszę się, że mogę z nim współpracować.

Obecnie w Ekstraklasie trudno znaleźć młodego środkowego obrońcę, a każdy, kto tylko się pojawi jest natychmiast wyławiany przez kluby z topowych lig. Świadczą o tym przykłady Bednarka, Walukiewicza, lub jeszcze wcześniej Jacha. Czy z tej perspektywy patrzysz na swój transfer do Jagiellonii?
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że na początku będę głównie przyglądał się grze bardziej doświadczonych kolegów. Moje dotychczasowe doświadczenia w piłce seniorskiej opierają się na tych wyniesionych z Błękitnych Stargard. Oczywiście fajnie byłoby podążyć drogą Sebastiana, który tego lata przeniósł się do Cagliari. Ufam trenerowi, jego podpowiedziom. Chcę się uczyć, poprawiać błędy i uzupełniać braki.

Na szersze wody wypłynąłeś w akademii Pogoni Szczecin, klubie który dzisiaj jest wskazywany przez wielu jako wzorcowy przy wprowadzaniu młodzieży do pierwszej drużyny. Jak oceniasz czas spędzony w „Dumie Pomorza”?
Kilku chłopaków z mojej drużyny przebiło się do szerokiej kadry pierwszego zespołu, inni przebywają na wypożyczeniach. Fajnie dzisiaj patrzeć na rozwój Arona Stasiaka, Damiana Pawłowskiego, Mateusza Bochnaka, czy Sebastiana Kowalczyka.

Ten ostatni jest dzisiaj kapitanem Pogoni i jej kluczowym zawodnikiem. Czy już w akademii widać było ponadprzeciętne umiejętności?
Seba zawsze był charakternym zawodnikiem. Może nie należał do najwyższych i najbardziej masywnych, ale braki fizyczne nadrabiał charakterem oraz zaangażowaniem. Poza tym bronił się piłkarsko, futbolówka nigdy mu nie przeszkadzała. Skupiał się także mocno na przygotowaniu motorycznym i wydolnościowym. Wszystko robił bardzo świadomie, chciał zajść możliwie najwyżej. Każdy, kto z nim pracował wiedział, że daleko zajdzie.

Przychodziłeś do Pogoni jako nastolatek, przedstawiciel „gimbazy”. Przeprowadzałeś się z niewielkiej miejscowości do stolicy Województwa Zachodniopomorskiego. Miałeś jakieś obawy lub lęki w związku z tak dużą zmianą?
Oczywiście, że były pewne obawy. Pierwszą dużą zmianą była przeprowadzka do internatu. Już jako podrostek musiałem sobie radzić z dala od rodziców i domu. Trzeba było się szybko usamodzielnić i wydorośleć, samemu wziąć odpowiedzialność za siebie i przygodę z piłką. Oceniając tę decyzję wyszła mi ona na dobre. Na pewno nie żałuję tego kroku.

O internatach często krążą miejskie legendy, a ci, którzy w nich mieszkali mówią, że to szkoła życia. Potwierdzasz?
Coś w tym jest. Warunki nie były świetne, ale z drugiej strony jako młody chłopak musiałem nauczyć się wielu praktycznych rzeczy, które przydają mi się do dzisiaj.

Kilka lat temu z dużym niesmakiem przyjęto filmik z internatu Lecha Poznań. Czy i wam zdarzały się dziwne pomysły?
Wiem do czego zmierzasz. Oczywiście mieliśmy po kilkanaście lat i czasami przychodziły do głowy głupie pomysły. Mam na myśli szczególnie jedną sytuację, o której moi koledzy czytający ten wywiad na pewno będą wiedzieli.

Możesz rozwinąć swoją myśl?
Cytując klasyka „Co wydarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas”, ale mogę zapewnić, że nikt nie wyrzucał telewizorów za okno, ani nie zjeżdżał w wannie z klatki schodowej. Byliśmy raczej spokojnymi chłopakami i takich rzeczy nie robiliśmy (śmiech).

Jak pod względem piłkarskim wyglądała tamta Pogoń?
Miałem szczęście, ponieważ trafiłem na bardzo dobrych trenerów – Radosława Bilińskiego oraz Piotra Łęczyńskiego. Dużo zyskałem na współpracy z nimi. Nasze drużyny były objęte nowym systemem opracowanym dla akademii Pogoni, z którego szczeciński klub korzysta do dzisiaj. Tamte czasy można zaliczyć od udanych. Trenerzy ciągle są przy piłce, widać że czerpią z tego przyjemność. Futbol jest ich pasją, a ja życzę im kolejnych sukcesów oraz zdolnych wychowanków.

Dlaczego zatem odszedłeś z Pogoni?
Była to moja decyzja, ale nie chcę się z niej teraz tłumaczyć. Po prostu tak wyszło, a kolejne półrocze spędziłem w Kołobrzegu. Ciągle grałem w CLJ, a kto wie jak wyglądałaby moja przyszłość, gdybym został w Szczecinie. Nie ma sensu o tym dywagować.

Po pół roku trafiłeś do Brunszwiku. Przejście z Kotwicy do klubu z 2. Bundesligi musiał być sporym skokiem jakościowym.
I takim był. W Niemczech miałem przyjemność trenować z pierwszą drużyną. Różnica w jakości jest olbrzymia, ponieważ graliśmy znacznie szybciej, trener wymagał od nas ataku pozycyjnego, budowania akcji od tyłu. Mówiąc kolokwialnie nie mieliśmy prawa wywalić piłki „na lagę” do przodu. To zapadło mi bardzo mocno w pamięci. W tamtej filozofii stoper jest pierwszym atakującym, a napastnik pierwszym broniącym. Dlatego intensywność gry w Niemczech jest tak wysoka. Miałem okazję wystąpić w kilku meczach sparingowych, a do dzisiaj wspominam potyczkę z Fiorentiną.

Czyli miałeś już styczność z dużą europejską piłką?
Zdecydowanie tak. W tamtym spotkaniu w bramce „Violi” stał dobrze znany w Białymstoku Bartek Drągowski. Także w polu nie brakowało gwiazd. W obronie ich liderem był Davide Astori, w drugiej linii występował znany w gry dla reprezentacji Chile Matia Fernandez, na skrzydle Federico Chiesa, a w ataku Nikola Kalinić. Było się od kogo uczyć.

Miałeś okazję grać na Federico Chiesę?
Na szczęście dla mnie brylował on w innej strefie boiska. Chociaż kilka razy próbowałem go zastopować. Z raczej mizernym efektem, ponieważ nigdy wcześniej, ani później nie spotkałem gościa z takim odejściem z piłką na pierwszych metrach. Gość był nie do zatrzymania, w tamtym meczu strzelił nam dwa gole.

Jak reagowałeś na fakt, że on jest od ciebie starszy zaledwie o dwa lata?
Szczerze powiedziawszy wtedy w 2017 roku nie interesowałem się specjalnie piłką włoską i w momencie rozgrywania meczu… nie do końca wiedziałem kto to jest. Oczywiście jego klasa była niepodważalna, a umiejętności miał ponadprzeciętne. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłem go w telewizji przy okazji meczu reprezentacji Włoch i wtedy dotarło do mnie z jakim kozakiem miałem okazję rywalizować. Bardzo dobrze w defensywie Fiorentiny spisywał się także Davide Astori, dlatego informacja o jego śmierci była dla mnie szokiem. Facet w sile wieku, zdrowy, wysportowany umiera w śnie. To dało mi do myślenia, że w życiu tak naprawdę niewiele od nas zależy i jego ono bardzo kruche.

Który z kolegów z Eintrachtu zrobił na tobie największe wrażenie?
Zdecydowanie Onel Hernandez. To był bardzo solidny napastnik, ciężko grało się przeciwko niemu podczas gier treningowych. We wspomnianym sparingu z Fiorentiną strzelił dwa gole, a później został sprzedany do Norwich i do dzisiaj gra na poziomie Premier League. Jego przykład jest dla mnie motywacją, że dzięki ciężkiej pracy i zaangażowaniu można dojść naprawdę bardzo daleko.

Czyli Fiorentina była dla Ciebie testem bojowym?
Na razie najtrudniejszy rywal, z którym kiedykolwiek grałem. Myślę jednak, że plamy nie daliśmy. Przegraliśmy 2:3, potrafiliśmy wyciągnąć z 0:2 na 2:2. Fiorentina była od nas lepsza piłkarsko, ale my nadrabialiśmy wolą walki. Czasami wracam pamięcią do tamtego spotkania i powtarzam sobie, że chcę zrobić wszystko, aby gra przeciwko takim rywalom nie była przyjemnym wyjątkiem, ale codziennością. Z drugiej strony wtedy byłem zaskoczony, że trener Eintrachtu wystawił mnie na „Violę” od pierwszej minuty. Rozgrywaliśmy nasz ostatni tak poważny sprawdzian z najtrudniejszym sparingpartnerem. Na ławce znajdowali się zawodnicy lepsi ode mnie, ale to mi szkoleniowiec dał szansę. Miała to być nagroda za dobrą postawę i postępy w akademii.

Treningi z pierwszym zespołem Eintrachtu miały przygodny charakter, czy jednak byłeś szykowany do grania na poziomie 2. Bundesligi?
Występowałem w niemieckiej lidze U-19, a od czasu do czasu byłem sprawdzany w drużynie seniorów. Trener powtarzał, że jest zadowolony z moich postępów. Powtarzał, że dalej pracować, aby poprawić swoje braki.

Dlaczego zatem odszedłeś z Niemiec?
Eintracht spadł do 3. Bundesligi. Był to olbrzymi szok dla wszystkich, ponieważ jeszcze rok wcześniej drużyna grała w barażach… ale o awans do 1. Bundesligi. Pojawił się nowy trener, którego celem był awans. Szkoleniowiec zapowiedział, że będzie stawiał na doświadczonych defensorów. Wszyscy stoperzy zostali w zespole, więc mi brakowało miejsca. Sztab szkoleniowy widział mnie w drużynie rezerw, które również spadły o jedną klasę na poziom półamatorski, momentami przypominający poziom podwórkowy. Wtedy stwierdziłem, że najwyższy czas, aby wracać do Polski.

Jak wyglądał powrót na ojczyzny łono?
Przede wszystkim wróciłem stosunkowo późno. Miałem kartę w ręku, pojawiały się zainteresowania klubów pierwszoligowych. Wszędzie jednak słyszałem, że na początku na pewno nie będę grał, ponieważ trenerzy poukładali zespoły po swojemu i nie będą tworzyli nowej koncepcji na początku rundy. Dlatego zdecydowałem się na grę dla Błękitnych Stargard w II lidze. Jednym z powodów, dla których trafiłem akurat tam była logistyka. Mój dom rodzinny znajduje się zaledwie 50 kilometrów od tej Stargardu. Być może II liga nie była szczytem moich marzeń, ale tam rozegrałem pierwszy sezon na poziomie seniorskim. Poza tym mówimy o scentralizowanej lidze, w której można było zmierzyć się z kilkoma ciekawymi rywalami. Pobyt tam wyszedł mi tylko na dobre.

Co możesz powiedzieć o mitycznym już przeskoku z juniora do seniora?
Z pewnością jest to kwestia, z którą nie każdy młody zawodnik sobie radzi. Różnica w grze jest olbrzymia, ponieważ u seniorów olbrzymią rolę odgrywa fizyczność, czasami walka wręcz. Jeżeli ktoś ma problem, aby się na to przestawić, to po prostu odpada. Dlatego moim zdaniem nieznacznie, ale wyższy poziom prezentują kluby z II ligi polskiej niż z niemieckich drużyn juniorskich. Dzisiejsza piłka, nawet na najwyższym poziomie, w dużej mierze opiera się na fizyczności. Nie wystarczą tylko same umiejętności piłkarskie. Trzeba również umieć się przepchnąć, zastawić, kogoś wyblokować.

Jak duży szok przeżyłeś po przenosinach z Niemiec do II ligi polskiej? Pod względem infrastrukturalnym musiała to być przepaść.
Infrastrukturalnie różnica była olbrzymia. W Stargardzie warunki są, jakie są. Z drugiej strony nie mogę powiedzieć złego słowa o działaczach, którzy czasami stają na rzęsach, aby wszystko dopiąć na ostatni guzik. Sam również wiedziałem, po co idę do Błękitnych. Chciałem po prostu otrzaskać się z piłką seniorską i po jakimś czasie spróbować sił na wyższym poziomie. Nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko. Nigdy nie żałowałem i nie żałuję swoich decyzji.

W Stargardzie mogliście poczuć się jak rodzina, ponieważ dużo czasu spędzaliście w autokarze.
Faktycznie, wszędzie mieliśmy daleko. Z drugiej strony najlepsza integracja miała miejsce właśnie w autokarze. Naturalnie jak w każdej szatni były grupki, ale nie było żadnej chorej rywalizacji, kopania pod sobą dołków. Tworzyliśmy zgrany zespół i to było najfajniejsze. Na boisku każdy za każdym skoczyłby w ogień. Wyjazdy były męczące, ale jeżeli wracaliśmy z wygraną, to ten autokar był bardzo wesoły.

W II lidze, całkiem niedawno, grałeś na stadionie Widzewa. Jeden z najbardziej nowoczesnych stadionów, mnóstwo kibiców, atmosfera z Ekstraklasy. Obraz odbiegający od klasycznej drugoligowej rzeczywistości.
Faktycznie, otoczka tego spotkania była niezwykła. Niestety, po tamtym spotkaniu nie mieliśmy wesołego autokaru, ponieważ przegraliśmy 0:2, a jedną z bramek zdobył Marcin Robak. Z drugiej strony waga spotkania z Widzewem jest dokładnie taka sama, jak rywalizacji z Gryfem Wejherowo. Myślę, że dzięki centralizacji poziom w II lidze się podniósł. W poprzednim sezonie mogliśmy grać z Ruchem Chorzów i Górnikiem Łęczna. Obie drużyny jeszcze dwa lata temu rywalizowały w Ekstraklasie. W tym sezonie na tym poziomie są GKS Katowice, rezerwy Lecha Poznań, wspomniany już Widzew. Grając z takimi zespołami można się sporo nauczyć.

Czyli także w II lidze można znaleźć perełki?
Myślę, że w każdym zespole znajdzie się dwóch, trzech chłopaków, którzy daliby radę w wyższych klasach rozgrywkowych. W Stargardzie zyskałem to, czego brakowało mi w Szczecinie, czyli piłkarskie „jaja”. Oby owe doświadczenia zaprocentowały w barwach Jagiellonii.