21 05.20 15:29
Nowszy wpis Starszy wpis

Grali w Jadze: Jacek Banaszyński

Żółto-Czerwonych zasilił latem 2006 roku, a więc w momencie, kiedy przystępowaliśmy do drugiego podejścia walki o ekstraklasę. Jacek Banaszyński solidną postawą w drugiej lidze zapracował na szansę wykazania się także na najwyższym szczeblu w barwach naszego zespołu. Wywalczyliśmy awans, a popularny „Banan” miał pewne miejsce w bramce.

Jacek Banaszyński to golkiper, który pierwsze kroki w futbolu stawiał na rodzinnym Dolnym Śląsku. Przyszedł na świat 29 maja 1975 roku w niewielkiej miejscowości Jawor. W wieku 18 lat szkolił się w jednej z najlepszych szkółek piłkarskich naszego kraju - Zagłębiu Lubin. W drużynie dwukrotnych mistrzów Polski rozwijał swoje bramkarskie umiejętności i właśnie w barwach „Miedziowych” otrzymał szansę debiutu w pierwszej lidze (dzisiejsza ekstraklasa). W latach 1993-1995 zanotował łącznie cztery oficjalne występy w Zagłębiu. Łatwo o miejsce w składzie nie miał. W Lubinie współpracował z nie byle kim. W tamtym zespole występowało kilku zawodników o uznanym dorobku, jak choćby Radosław Kałużny czy Sławomir Majak, znanych z występów w reprezentacji Polski. W bramce też miał solidnych konkurentów – jednym z nich był dwukrotny mistrz kraju w Lechu Poznań, a także kojarzony z gier w Austrii - Kazimierz Sidorczuk. Z czasem Jacek musiał podjąć ważną decyzję – czy dalej próbować na stałe przebić się do składu, czy poszukać nowych wyzwań. Wybrał ten drugi wariant.

Na początku 1996 roku udał się na roczne wypożyczenie do lokalnego rywala z drugiej ligi – Chrobrego Głogów. Tam pograł zdecydowanie więcej – łącznie 25 meczów. Do Zagłębia wracał tylko na chwilę, w zasadzie tylko po to, aby zostać oddelegowanym na kolejne wypożyczenia. Kolejnymi klubami, do których zawitał były Zawisza Bydgoszcz i Górnik Wałbrzych. Oba grały na zapleczu dzisiejszej ekstraklasy. Po powrocie z Wałbrzycha otrzymał kilka szans występów w Zagłębiu. Rozegrał cztery mecze na początku sezonu 1998/1999 w pierwszej lidze. Rywale byli jednak w tym okresie dla "Miedziowych" i bohatera naszego artykułu bezlitośni. W czterech meczach lubinianie stracili aż dziewięć goli.  Później trener Mirosław Dragan wolał stawiać na innych golkiperów. Zazwyczaj był to starszy o dwa lata od „Banana” - Robert Mioduszewski.

Fot. poranny.pl

Na początku 1999 roku Jacek definitywnie opuścił Lubin. Zasilił trzecioligową Miedź Legnica, gdzie spędził 2,5 roku. W tym czasie próbował z tym klubem wywalczyć awans na zaplecze elity. W rundzie wiosennej pierwszego sezonu Banaszyńskiego w Legnicy było bardzo blisko realizacji tego celu. Miedź ostatecznie zajęła drugie miejsce w grupie III za Polarem Wrocław, który uzyskał promocję. Legniczanie byli gorsi od rywala tylko o dwa punkty. Sezon później drużynie z Dolnego Śląska wiodło się trochę gorzej. Uplasowała się na siódmej pozycji. W kolejnym znów uczestniczyli w zaciętej rywalizacji o awans, ale tym razem lepsza okazała się Szczakowianka Jaworzno. Miedź była tuż za nią. Jacek prezentował się w Legnicy jednak na tyle dobrze, że zyskał uznanie w oczach osób decydujących o transferach w drugoligowym Górniku Polkowice.

Jacek wzmocnił tę drużynę przed sezonem 2001/2002. Była to znakomita decyzja. Banaszyński wyrósł na centralną postać zespołu, który robił duże postępy. Pierwszą  kampanię w Górniku „Banan” zakończył co prawda dopiero na 11. miejscu w tabeli, ale już w kolejnej ten zespół wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. W sezonie 2002/2003 w cuglach awansował do pierwszej ligi przy wydatnym udziale Jacka, który zanotował 33 mecze i był jednym z najlepszych golkiperów na zapleczu elity. Naturalną koleją rzeczy była możliwość zaprezentowania się na tle najlepszych drużyn w kraju.

Górnik przystępował do sezonu 2003/2004 w roli „Kopciuszka”. Raczej niewielu dawało tej ekipie szanse na pozostanie w ekstraklasie. Jak się później okazało – słusznie. Był to pierwszy, a zarazem ostatni sezon zespołu z Polkowic na najwyższym szczeblu. Walczył co prawda do końca, bo ostatecznie zajął 12. pozycję barażową, ale dwumecz z Cracovią był wprost koszmarny dla ekipy trenera Mirosława Dragana. Polkowiczanie przegrali go z kretesem, tracąc w dwóch meczach aż osiem goli, nie strzelając żadnego! Dwa razy po 0:4 – tak wyglądało pożegnanie z ekstraklasą Górnika. Banaszyński robił co mógł, ale „Pasy” były wtedy nie do przejścia. Drużyna Wojciecha Stawowego robiła z rywalem co chciała.

Fot. poranny.pl

Jacek nie pozostał w Górniku na kolejny sezon, wolał grać w pierwszej lidze. Zatrudniła go warszawska Polonia. Przenosiny do stolicy były dobrym posunięciem „Banana”, bo w drużynie „Czarnych Koszul” rozegrał 25 z 28 możliwych spotkań w sezonie ligowym i Pucharze Polski. Polonia zachowała ligowy byt, zajmując 10. miejsce. Po dosyć udanym pobycie w Warszawie, przed kolejną kampanią zdecydował się przenieść do innego zespołu elity – GKS-u Bełchatów. W barwach „Brunatnych” występował jesienią 2005 roku (15 meczów). Wiosną jednak przestano na niego stawiać, czego efektem były występy wyłącznie w Młodej Ekstraklasie. Zesłanie do nieoficjalnych „rezerw” klubowych było dla Jacka dużym ciosem, wobec czego postanowił poszukać nowego pracodawcy. Pomocną dłoń do golkipera wyciągnęła drugoligowa Jagiellonia Białystok.

Banaszyński trafił na Podlasie za kadencji trenera Ryszarda Tarasiewicza, który budował drużynę na swoją modłę po odejściu Jurija Szatałowa. Mimo, że Jaga miała w tamtym okresie silny, jak na drugoligowe standardy zespół, to wbrew pozorom zadanie przygotowania go do walki o awans do ekstraklasy nie było wcale takie proste. W każdym razie „Banan” swoim doświadczeniem miał za zadanie wesprzeć kolegów z drużyny w tej batalii. Na początku jeszcze przegrywał rywalizację z Andrzejem Olszewskim, ale z czasem wyrósł na pierwszoplanową postać w bramce Jagiellonii. Od 10. do 34. kolejki grał nieprzerwanie i z powodzeniem. Należał do czołowych golkiperów drugiej ligi, nie popełniał poważnych błędów. 24 występami walnie przyczynił się do awansu po 14 latach przerwy naszego klubu w szeregi najlepszych drużyn w kraju. Zaprezentował się bardzo korzystnie.

Nie inaczej było podczas rundy jesiennej sezonu 2007/2008, już w ekstraklasie. „Banan” był pierwszym wyborem trenera Artura Płatka (zastąpił Tarasiewicza w trakcie rozgrywek drugiej ligi) i odwdzięczył mu się solidną, czasem wręcz brawurową postawą w kilku meczach. Jacek należał do bramkarzy bardzo odważnych, czasem aż za bardzo, o czym napiszemy dalej. Niemniej jednak jeszcze jesienią jego ryzyko się opłacało. Dalekimi wyjściami z bramki często ratował naszą drużynę przed stratą gola. Zaliczał spektakularne parady, co nie raz wywoływało na trybunach owacje na stojąco i skandowanie jego nazwiska. Z jego imieniem układano nawet przyśpiewki. Pamiętne „Jacek Banaszyński sialalalala” zapewne było słyszalne nawet daleko poza obrębem stadionu przy Słonecznej. Czar prysł w rundzie wiosennej.

Fot. poranny.pl

Jaga, osłabiona w trakcie przerwy zimowej, przystępowała do gier raczej spokojna o ligowy byt. Udana jesień pozwoliła naszemu zespołowi uplasować się w połowie sezonu na dziewiątym miejscu w stawce. Druga runda była jednak dużym rozczarowaniem. Przegrywaliśmy mecz za meczem, co często wywoływało niepohamowaną frustrację Banaszyńskiego, a znalazło  to odzwierciedlenie w liczbie otrzymanych…czerwonych kartek. „Banan” był karany przez arbitrów w ten sposób aż trzykrotnie. Tym razem dalekie wyjścia z bramki i gra va banque nie opłaciły się. Osłabił drużynę w ważnych momentach, co skutkowało nawet tym, że z konieczności między słupkami musieli stawać piłkarze z pola. Trzykrotnie uczynił to Radosław Kałużny, z którym Jacek na początku kariery miał okazję współpracować w Zagłębiu Lubin. Stało się to w wyjazdowych meczach z Górnikiem Zabrze (0:3), Zagłębiem Lubin (2:5) i domowym starciu z Legią Warszawa (1:2). W każdym z przypadków Żółto-Czerwoni wykorzystali limit zmian. Co ciekawe, w pamiętnym meczu w Zabrzu z Górnikiem między słupkami stanął także inny wielokrotny reprezentant naszego kraju - Tomasz Hajto. Bramkarski pojedynek byłych kolegów z kadry zakończył się bezbramkowym remisem. Kałużny bronił od 85. minuty, a Hajto od 87. Obaj nie dali się pokonać!

Jednak w końcówce sezonu już nikomu nie było do śmiechu. Tylko jeden wygrany mecz potęgował nerwową atmosferę. W ostatecznym rozrachunku spadliśmy z 9. na 14. pozycję barażową. Na szczęście do dwumeczu z Arką Gdynia jednak nie doszło, bo Polski Związek Piłki Nożnej podjął decyzję o zdegradowaniu z ligi aż czterech drużyn. Do ostatniego w tabeli Zagłębia Sosnowiec i przedostatniego Widzewa Łódź dołączyły Korona Kielce i Zagłębie Lubin, które nie otrzymały licencji. Czternasta w stawce Jagiellonia uniknęła degradacji. Sytuacja była kuriozalna, bo nasz zespół przygotowywał już się do spotkań barażowych z Arką Gdynia. Po nerwowym sezonie Banaszyński zmienił pracodawcę. Jego bilans w Jadze to 53 oficjalne spotkania i 17 czystych kont.

Fot. poranny.pl

Przez kolejne dwa lata występował na rodzinnym Dolnym Śląsku. Trafił  mianowicie do najbardziej utytułowanego klubu w regionie. Zasilił ówczesnego beniaminka ekstraklasy - Śląska Wrocław.  Runda jesienna była ostatnią Banaszyńskiego na boiskach elity. Rozegrał sześć spotkań ligowych, dodatkowo wystąpił w trzech meczach Pucharu Ekstraklasy i jednym Pucharu Polski. Był to ostatni profesjonalny klub w karierze popularnego „Banana”. Później kontynuował grę już na tylko na poziomie amatorskim. Co ciekawe, ostatnim klubem Jacka był III-ligowy Tur Bielsk Podlaski.

Jacek, fajnie było powspominać stare dzieje. Dziękujemy za spektakularne parady i udział w awansie Jagi do ekstraklasy!