22 05.20 08:12
Nowszy wpis Starszy wpis

10 lat minęło - wspomnienie pucharowego triumfu

22 maja to wyjątkowa data dla każdego kibica Jagiellonii. Tego dnia, 2010 roku „Żółto-Czerwoni” sięgnęli po Puchar Polski, ogrywając w finale na stadionie w Bydgoszczy Pogoń Szczecin. Wspomnieniami z tamtej edycji podzielili się z nami zawodnicy, którzy mieli udział w zdobyciu tamtego trofeum.

- Wydaje mi się, że tamten sezon był kluczowy dla istnienia Jagiellonii. Musieliśmy bowiem pogodzić zmagania pucharowe z walką w lidze, a przecież startowaliśmy z bilansem -10 punktów. Zatem każde spotkanie w Ekstraklasie było grą „o życie” - wspomina po latach Hermes. O ile stratę w lidze udało się dość szybko zniwelować, tak rywalizacja pucharowa od początku przypominała drogę przez ciernie. - Naszym pierwszym rywalem był GKS Tychy, występujący w niższej klasie rozgrywkowej. Mogło się wydawać, że gładko poradzimy sobie z tym rywalem. Nic bardziej mylnego. Mieliśmy spore problemy. Po 90 minutach był remis 0:0. W dogrywce to tyszanie mieli doskonałą okazję do zdobycia bramki, ale ją zmarnowali. W 118. minucie Kamil Grosicki strzelił gola i zakończył nasze męki – wspomina „Hermi”. W 1/8 finału los skojarzył Jagiellonię z Arką Gdynia. - Tam również mieliśmy problem. W 82. minucie sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy i wydawało się, że jest już po wszystkim. Na szczęście dla nas Rafał Gikiewicz obronił tamten strzał. W dogrywce to my mieliśmy dwie „jedenastki” i Tomek Frankowski już się nie pomylił – opowiada Hermes.

Mecze ćwierćfinałowe były rozgrywane już na wiosnę. W trakcie przerwy między rundami do Białegostoku trafił Rafał Grzyb. - Kiedy przychodziłem do Białegostoku sytuacja w tabeli wydawała się być już opanowana, ponieważ zespół znajdował się „nad kreską”. Wtedy mogliśmy nieco bardziej skupić się na meczach pucharowych. - opowiada „Grzybek”. Pierwsze starcie rozegrano w stolicy Województwa Świętokrzyskiego. - Po 30. minutach można było odnieść wrażenie, że przez boisko przetoczyła się nawałnica. Przegrywaliśmy już 0:3 i nic nie wskazywało na to, że cokolwiek może nam się udać – wspomina po dziesięciu latach Hermes. - Był to bardzo ciężki moment, ale duże drużyny poznaje się po tym, że potrafię się dźwignąć w beznadziejnej sytuacji. Można powiedzieć, że takie sytuacje tylko nas nakręcały, a my dzięki nim potrafiliśmy się skonsolidować – podkreśla Grzyb. - Kluczowa była bramka Tomka Frankowskiego. Przegraliśmy tam 1:3 i pomimo słabego spotkania uwierzyliśmy, że w rewanżu może być jeszcze dobrze – zaznacza „Hermi”.


Zgodnie z zapowiedziami, drużyna była bardzo mocno zmotywowana przed starciem rewanżowym. - Na odprawie przed meczem przy Słonecznej byliśmy pewni, że wygramy 3:0. Trener Probierz mówił nam nawet, w których momentach będziemy strzelali gole i muszę przyznać, że niewiele się pomylił – zaznacza Grzyb. - Był to nasz najlepszy mecz w tamtej edycji. Szybko strzeliliśmy dwa gole i już wiedzieliśmy, że to Korona musi się odkryć. Później kielczanie stracili jeszcze trzecią bramkę. Mieliśmy wtedy świadomość, że półfinał będzie nasz – wspomina Hermes.

Rywalem Jagiellonii w batalii o finał była Lechia Gdańsk. - Wtedy jeszcze chyba nikt nie myślał o tym, że zagramy w finale. Oczywiście, wiara w sukces była olbrzymia, ale od wyjazdu do Bydgoszczy dzieliło nas co najmniej 180 minut – opowiada Grzyb, który właśnie na stadionie przy ulicy Traugutta strzelił pierwszego gola w barwach Jagiellonii. - Tamto spotkanie było naszym popisem. Dominowaliśmy, pięknego gola strzelił Bruno. Ponadto Rafał Gikiewicz obronił rzut karny. Szkoda bramki straconej w 90. minucie. Z drugiej strony wygraliśmy i poczuliśmy, że ten finał jest na wyciągnięcie ręki – dodaje Hermes. Spotkanie przy Słonecznej zakończyło się remisem 1:1. Jagiellonia po raz drugi w historii zapewniła sobie awans do finału zmagań o Puchar Polski.

„Jaga” w rywalizacji o główne trofeum zmierzyła się z Pogonią Szczecin. - Po raz pierwszy od starcia z Tychami przystępowaliśmy do rywalizacji jako faworyt. To jednak nie mogło uśpić naszej czujności. Finał to jeden mecz i wszystko miało się rozstrzygnąć w ciągu 90 minut – mówi Hermes. - Finał odbywał się już po sezonie ligowym. Byliśmy utrzymani i dla wszystkich w Białymstoku był to absolutnie najważniejszy mecz. Kibice nie pozwalali nam o tym zapomnieć. Codziennie, przez cały tydzień oddzielający nas od meczu finałowego odwiedzali nas na treningach, dodawali otuchy i zapewniali o swoim wsparciu – mówi po latach Andrius Skerla. - Właśnie w takich momentach wychodzi doświadczenie zespołu, a tego nam nie brakowało. Mogliśmy liczyć na wsparcie mentalne ze strony Skerli, „Franka”, Hermesa. Oni rozgrywali już niejeden taki mecz i mówili, że jeszcze nic nie wygraliśmy i nie możemy czuć się zbyt pewni siebie – dodaje Rafał Grzyb. - Przecież Pogoń Szczecin w półfinale wyeliminowała Ruch Chorzów, który tamten sezon zakończył na podium dystansując m.in. warszawską Legię, dlatego nie mogliśmy sobie pozwolić na jakąkolwiek chwilę dekoncentracji. Sam finał pokazał, że nie będzie łatwo – opowiada Hermes.

22 maja do Bydgoszczy udało się mnóstwo kibiców z Białegostoku. - Nie zapomnę momentu, w którym wyszedłem na rozgrzewkę i na trybunach zobaczyłem 15 tysięcy fanów Jagiellonii. Tamten widok pozostanie w mojej pamięci do końca życia – podkreśla Skerla. O godzinie 15:30 sędzia Robert Małek rozpoczął finał. - Jeżeli ktoś myślał, że łatwo wygramy z pierwszoligowcem, to mógł się mocno zdziwić. Już w pierwszej połowie przed naszym polem karnym miała miejsce kontrowersja. Pogoń grała bardzo ambitnie, nie miała nic do stracenia, to my byliśmy faworytami – wspomina Hermes. Chwilę po wznowieniu drugiej połowy Jagiellonia dopięła swego i objęła prowadzenie. - Jarek Lato wstrzelił piłkę w pole karne, a ja dopadłem do niej i umieściłem ją w siatce. W swojej karierze nie strzelałem zbyt wielu goli, ale jak już zdobywałem bramki, to były one bardzo ważne. Ta radość po trafieniu była nie do opisania. Radość naszej drużyny oraz kibiców, tego nie da się zapomnieć – opisuje tamte momenty Skerla. W drugiej połowie Jaga miała jeszcze kilka okazji do zdobycia bramki, jednak żadnej nie udało się wykorzystać. „Żółto-Czerwoni” pokonali Pogoń i sięgnęli po pierwsze ogólnopolskie trofeum w swojej historii. - Naszą radość rozpoczęliśmy już w Bydgoszczy. Powrót do Białegostoku był niesamowity, spotykaliśmy naszych Kibiców, w zasadzie w autokarze nikt z nas nie spał – opowiada dalej strzelec „złotego gola”. - To był świetny zespół. Do dzisiaj wywalczenie Pucharu Polski pozostaje moim największym osiągnięciem, które trzymam w moim sercu. Po sezonie odszedłem z Jagi do Polonii Warszawa i to był mój największy błąd – powiedział po latach inny bohater tamtego zespołu, Bruno Coutinho Martins.

Kolejnym wielkim przeżyciem związanym z bydgoskim triumfem była wielka feta w Białymstoku. - Pamiętam tę rzeszę kibiców, wszyscy w „Żółto-Czerwonych” koszulkach. Wspólne świętowanie, radość oraz „pijem bawim się” Kamila Grosickiego. Dla takich chwil zostaje się piłkarzem, to jest coś pięknego, czego nie da się za nic kupić – wspomina po latach Andrius Skerla. - Miałem to szczęście, że pół roku po przyjściu do Jagiellonii od razu odniosłem pierwszy duży sukces w karierze. To była dla mnie fantastyczna sprawa. Zdobyliśmy Puchar Polski i szykowaliśmy się do występów w Lidze Europy – kończy Rafał Grzyb.

Jesteśmy ciekawi, jakie są wasze wspomnienia związane z 22 maja 2010 roku?