16 10.20 14:27
Nowszy wpis Starszy wpis

Galeria Sław Jagiellonii: #20 Janusz Wójcik

Człowiek bez którego nigdy nie powstałaby Wielka Jaga lat 80-tych. Potrafił wielu zawodników przekonać do ich niemałego talentu. Również dla niego samego Jagiellonia okazała się trampoliną do dalszej kariery, która w kolejnych latach zawiodła go do olimpijskiego srebra, a także reprezentacji Polski. Twórca historycznego awansu „Żółto-Czerwonych” do piłkarskiej elity. W 2017 roku jego przedwczesna śmierć wstrząsnęła piłkarskim środowiskiem w naszym kraju. Przed meczem z Lechem Poznań prezentujemy kolejnego członka Galerii Sław Jagiellonii, trenera Janusza Wójcika.

Popularny „Wujo” przyszedł na świat w 1953 roku w Warszawie i tam też stawiał pierwsze kroki w przygodzie z piłką. Najpierw jako junior w Agrykoli, później kontynuował karierę w stołecznej Gwardii, w barwach której rozegrał jedyne spotkanie na poziomie dzisiejszej Ekstraklasy, a także w Ursusie Warszawa. Jako zawodnik występował również w Pakistanie oraz Kanadzie. - Tamten etap jego życia obfitował w liczne anegdoty. Był to bardzo ciekawy człowiek, który zawsze miał dużo do powiedzenia – wspomina po latach dziennikarz „Super Expressu”, Przemysław Ofiara, autor biografii Janusza Wójcika.

W 1979 roku przyszły szkoleniowiec Jagi ukończył studia na warszawskiej AWF. „Świeżo upieczony” trener powoli piął się w hierarchii zdobywając kolejne doświadczenia. - Przed przyjazdem do Białegostoku pracował na poziomie II ligi w Hutniku Kraków i już tam niewiele zabrakło mu do awansu. A przecież cały czas mówimy o bardzo młodej osobie, która wtedy miała niewiele ponad 30 lat – opowiada syn byłego selekcjonera, Andrzej Wójcik.

Na początku 1986 roku grająca wówczas w II lidze Jagiellonia postanowiła zatrudnić młodego, obiecującego szkoleniowca. - W naszej pierwszej książce opisując białostocki etap kariery trener specjalnie zasugerował tytuł „Ludzie z lasu”. Tak wtedy mówiło się w kraju o Białymstoku, który znajdował się trochę na obrzeżach i był nieco odcięty od reszty kraju. Wtedy Północno-Wschodnią część Polski określało się nieraz jako „Syberię”. Określenie „Ludzie z lasu” nie miało jednak na celu nikogo obrażać. Wręcz przeciwnie, trener wielokrotnie wypowiadając się o ludziach z Podlasia zwracał uwagę na ich otwartość, gotowość do wsparcia. On tam po prostu dobrze się czuł, chociaż warunki mocno odbiegały od ówczesnych standardów – mówi Ofiara.

W podobnym tonie o białostockim etapie Janusza Wójcika wypowiada się jego syn. - Tata zawsze jadąc do Białegostoku mówił, że jedzie do „Żubrów”. Czy tamci ludzie byli nieokrzesani? Nie sądzę. Wydaje mi się, że po prostu, tak jak mieszkańcy innych regionów Polski mieli swoją specyfikę i pewne cechy charakterystyczne. Po prostu mój Ojciec potrafił się tam odnaleźć i zaadoptować do zastanej sytuacji, a było nad czym pracować. Kiedyś wspominał, że ubrania po praniu suszyły się na sztachetach. W klubowym budynku nie było toalet. Boisko pozostawiało wiele do życzenia – wymienia Wójcik junior. - W tamtym czasie klub nie był w stanie finansowo rywalizować z potentatami. Były jednak charakter i chęci, zarówno ze strony działaczy jak i zawodników, a to już było bardzo dużo. Na tym da się zbudować niejeden sukces – podkreśla Ofiara.

Swoje pierwszej spotkanie z „Wójtem” wspomina Janusz Szugzda. - Byliśmy jeszcze wtedy tacy nieokrzesani. Praktycznie całą drużyna opierała się na białostoczanach lub ludziach pochodzących z okolic, czyli Moniek, Sokółki, Dobrzyniewa. Jak trener Wójcik przyszedł spojrzał na nas wielkimi oczami. Miał o tyle dobrze, że w sztabie funkcję asystenta pełnił Mirek Mojsiuszko, który go trochę wprowadził. Pokazał jak i z kim należy działać, podpowiadał o życiu na Podlasiu. Naszym pierwszym celem było utrzymanie. Znajdowaliśmy się w strefie spadkowej. Później zaczęło się, czyli mobilizacja, większe cele. Trzeba było tę poprzeczkę stale podnosić – opowiada były zawodnik Jagiellonii.

Sami zawodnicy zdawali sobie sprawę z ograniczeń. - Przez lata w Jagiellonii zawsze były problemy organizacyjne. Białystok nie mógł liczyć na wsparcie kopalni, stoczni, więc nie było głównego opiekuna. Kiedy Wójcik pojawił się po raz pierwszy mówił, że trafił na prowincję. Chciał coś pozmieniać. Dzięki niemu dostaliśmy buty, dresy, takie naprawdę proste i przyziemne sprawy. Nie mówię o bazie treningowej. Zobaczyliśmy, że mogą nam coś załatwić, lepiej wyglądamy, pojawiły się także większe pieniądze. W efekcie sami się nakręcaliśmy. Wiedzieliśmy, że jak zagraliśmy dobrze, to za chwile wpadnie jakaś nagroda. Już w podświadomości zaczęło to lepiej funkcjonować. Potrafił dotrzeć do każdego. Oczywiście, potrafił odstawić na boczny tor kogoś za złe zagranie, czy gorszy mecz, ale nigdy z nikogo nie zrezygnował – wspomina Andrzej Ambrożej.

Młody szkoleniowiec szybko przekonał do siebie białostocką szatnię. - Przede wszystkim był to młody i niedoświadczony trener. To jednak w Białymstoku otrzymał szansę i ją wykorzystał. Był to wspaniały szkoleniowiec, ale również bardzo dobry człowiek. Zawsze stawał za nami, bronił nas w relacjach z zarządem. Jego przyjście było powiewem pewnej nowości, on otwierał przed nami szersze horyzonty. Wybitna postać, za którą cała szatnia była gotowa pójść w ogień. znalazł się ktoś z zewnątrz, inteligentny z szerszymi horyzontami. Otwierał nam oczy, wprowadzał nowe trendy. Wpajał w nas pewność siebie – dodaje kapitan ówczesnej Jagiellonii, Antoni Cylwik.

Przyjście młodego, pewnego siebie szkoleniowca było dla niektórych zawodników dużym szokiem. - Tak się złożyło, że nasz drogi się zeszły z trenerem Wójcikiem. Wróciłem, a tak naprawdę przyszedłem, bo wcześniej miałem zagrany jeden mecz w seniorach - jako 17-latek jeden mecz w III lidze, przed pójściem do wojska. To było moje wejście w drużynę seniorów i tak się złożyło, że wraz z przyjściem trenera Wójcika. Powiem szczerze, że to było jak zderzenie ze ścianą. Wiele razy już powtarzałem, że te trzy miesiące, ten okres przygotowawczy, bardzo przeżyłem, to była tak trudna rzecz. Miałem chwile zwątpienia. Chciałem odchodzić, wracać do Gwardii, gdzie czekano na mnie z otwartymi ramionami, dawano mi na starcie etat milicyjny. Chcieli, żebym wrócił, bo ja też tam byłem liderem klasyfikacji strzelców po pierwszej rundzie w III lidze. Do tego jednak nie doszło, najwidoczniej trener coś chyba we mnie zauważył. A jego podejście? On pokazał nam, że my też możemy – opowiada Jacek Bayer.

Ciekawą anegdotę związaną z przyszłym reprezentantem Polski przytaczał sam trener w swojej książce. - Byłem bardzo zaskoczony, kiedy przytaczał rozmowę z Bayerem, który pracował jako elektryk. To wtedy Wójcik miał mu powiedzieć „Chodź, zrobię z ciebie piłkarza. Nie będziesz chyba całe życie żarówek wkręcał”. Ta historia brzmi nieprawdopodobnie. Chociaż od czasu jego pracy w Białymstoku minęły ponad trzy dekady, to były selekcjoner najmilej wspominał dwa etapy ze swojego życia, ten spędzony na Podlasiu oraz z reprezentacją olimpijską. O żadnym innym klubie nie wypowiadał się tak ciepło jak o Jadze. Zawsze mówił „moja Jagiellonia” i był z tego powodu bardzo dumny – wspomina Przemysław Ofiara. Ten sentyment nie dziwi wcale Andrzeja Wójcika. - Po prostu Tata bardzo pasował do tamtych ludzi. Zawsze miał serce na dłoni, podobnie jak wszyscy białostoczanie i mieszkańcy Podlasia. Wielokrotnie powtarzał, że gdyby nie jego obowiązki zawodowe i częste podróże, to chętnie zamieszkałby w Białymstoku. On tam po prostu dobrze się czuł – podkreśla syn byłego selekcjonera.

Janusz Wójcik od początku pobytu w Białymstoku podkreślał, że interesuje go tylko ciężka praca i sukces, jakim miał być awans. - Problem tkwił w naszej mentalności, niż umiejętnościach. Przecież nie ma takiej możliwości, abyśmy przez pół roku nauczyli się grać w piłkę. Przed jego przyjściem bliżej było nam do walki o utrzymanie, a Janusz Wójcik wszczepił w nas mentalność zwycięzców. Staliśmy się potentatami na zapleczu elity. W mojej ocenie to był klucz do sukcesu. Oczywiście w tamtych czasach sporo działo się za kulisami. Dzisiaj dużo się o tym mówi, chcę jednak podkreślić jedno, bez umiejętności nie dałoby się niczego wygrać. Można byłoby sklecić zespół z 11 przypadkowych przechodniów, przekupić sędziego i walczyć o mistrza. To tak nie działało. Chcąc wygrywać, trzeba było jeszcze coś prezentować, określoną jakość – wyjaśnia Dariusz Bayer.

Słowom członka Galerii Sław wtóruje Andrzej Wójcik. - Tata zawsze powtarzał, że w Białymstoku trafił na bardzo dobrych zawodników, którzy nie tylko prezentowali określoną jakość, ale również tworzyli team poza boiskiem. Potrafił podnieść poziom wszystkich. Często mówił, że w bramce zawsze mógł liczyć na świetnego Sowińskiego. W ataku brylował Jacek Bayer. To za jego kadencji powołania do reprezentacji otrzymywali Michalewicz i wspomniany Bayer, a to o czymś świadczy – podkreśla „Wójcik junior”.

Podstawą sukcesu było dotarcie do zawodników. - Wójcik u każdego wynajdował pewną unikalną cechę, potrafił wydobyć to, w czym można być perfekcyjnym. Przykładem niech będzie Jacek Bayer, pod którego trener układał rzuty wolne, a przy których Jacek wykorzystując swój wzrost był bardzo skuteczny. Heniek Mosja miał kierować grą, Antek Cylwik to przede wszystkim waleczność, nieustępliwość, Mirek Sowiński miał podpowiadać i trzymać w ryzach defensywę. Z każdego z nas wyciągnął to, co mieliśmy najlepsze i tylko tego wymagał. W moim przypadku determinację, dośrodkowania. Nie wymagał ode mnie rozgrywania piłki, pozwalał nam się doskonalić w tym aspekcie, w którym już byliśmy dobrzy. Nie szukał kwadratury jaj – wspomina po latach Jarosław Bartnowski.

Poza jakością dużą siłą tamtej Jagiellonii była jej zespołowość. - Pisząc książkę i słuchając opowieści trenera Wójcika dało się odczuć, że tamta drużyna miała swój klimat. Mówiąc o Jadze często szkliły mu się oczy. On czuł do „Żółto-Czerwonych” olbrzymi sentyment. Pomimo upływu kilku dekad bez problemów mówił o zawodnikach, wspominając, który grał na jakiej pozycji. Wracał pamięcią do konkretnych meczów, a nawet zagrań ub bramek. Wiadomo, że w ludzkiej pamięci pozostają zazwyczaj te miłe momenty. Janusz Wójcik musiał ich mieć wiele w Białymstoku. Praktycznie nie było rozmowy między nami, w której nie wspomniałby o Jagiellonii, nawet mówiąc o pracy w Syrii czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Z dumą podkreślał, że w Jagiellonii wszystko chodziło jak w zegarku. Nawet jeżeli ktoś zaliczył imprezę to dzień później na treningu dawał mu taki wycisk, że zawodnikowi natychmiast odechciewało się wyskoków. Nie cierpiał ludzi opornych, leni i bumelantów. Jeżeli ktoś sobie bimbał podczas zajęć, po prostu miał bardzo ciężko. W jego hierarchii zawsze najważniejsze były zespół i jego dobro – opisuje Przemysław Ofiara. - We wtorki po ogniskach zawsze były dwa najcięższe treningi. Trener wyciskał z nas siódme poty – dodaje Janusz Szugzda.

W podobnym tonie o szybkim gaszeniu „sodówki” wypowiada się Jarosław Michalewicz. - Rysował boisko i wpisywał zawodników. Wymieniał nazwiska i pytał "Kto tu jest?" Wymieniał Lisowskiego, Bayera, Michalewicza, Czykiera - to jest drużyna!" wykrzykiwał na sam koniec. Zmienił w nas mentalność. Z chłopaków z Białegostoku, z Podlasia, którzy byli szczęśliwi, że utrzymywali się w II lidze pokazał, że powinniśmy patrzeć wyżej. My też szybko zmieniliśmy podejście. Coraz mocniej zaczynaliśmy wierzyć, że ta praca, te treningi mają sens. Sami uwierzyliśmy, że I liga będzie nasza, co niebawem stało się faktem. W pamięci utkwiła mi jedna sytuacja. Po zakończeniu zgrupowania reprezentacji udałem się prosto na obóz przygotowawczy Jagiellonii, oczywiście zadowolony. W końcu debiut udany, bramki. Już widziałem te powitania i gratulacje. Pojechałem do Swarzędza, wysiadłem lekko spóźniony. Zachodzę na stadion jeszcze w dresie i kurtce. Czekam aż trener przyjdzie i mi pogratuluje. Tymczasem Janusz Wójcik natychmiast w kilku męskich słowach kazał mi się przebierać i iść na boisko. Przecież Jagiellonia przegrywała do przerwy 0:2 z Olimpią Poznań. Temat reprezentacji ani tournée w tamtym momencie nie istniał. Wszedłem w drugiej połowie, zremisowaliśmy 2:2. Kamień z serca mi spadł, że przyjechałem i dosyć dobrze się zaprezentowałem, chociaż naturalnie to cała drużyna zapracowała na ten wynik – opisuje zdobywca pierwszej bramki dla Jagiellonii w Ekstraklasie, a Janusz Szugzda dodaje. - On nie znosił gwiazdorstwa. U niego celem nadrzędnym była drużyna i na boisku mieliśmy przede wszystkim tworzyć zespól. Nikt nie zadzierał nosa. Jeżeli tylko ktoś zdradzał symptomy wody sodowej, to natychmiast tłamsił ją w zarodku. Po prostu wychodząc na boisko mieliśmy być kolektywem, a każdy tylko jednym z 11 – mówi były skrzydłowy Jagiellonii.

Swoje wspomnienia związane z Januszem Wójcikiem ma również Dariusz Czykier. - Był to mistrz motywacji. Od początku mówił o możliwych do podniesienia pieniądzach, perspektywach, potrafił nas ustawić do pionu. Przez półtora roku graliśmy na fantazji, nasza maszyna ruszyła – opisuje byłego szkoleniowca.

Legendarny szkoleniowiec był przez wielu odbierany jako choleryk i wulkan emocji. - Tata w relacjach z najbliższymi zawsze pozostawał bardzo zamknięty. Nieraz ja i Mama bardziej przeżywaliśmy mecze od niego. On jednak nie przynosił pracy do domu. Potrafił to rozgraniczyć, co dzisiaj bardzo sobie cenię, chociaż jako nastolatek nie zawsze umiałem zrozumieć – mówi Andrzej Wójcik. - Podczas meczów lepiej nie było podchodzić do ławki rezerwowych – wspomina Dariusz Bayer. - On miał po prostu wielką charyzmę, którą zarażał innych. Poza tym wzbudzał respekt. Można być najlepszym strategiem, można opracować najlepszą taktykę, ale bez szacunku niczego się nie zdziała. W Jagiellonii mógł liczyć na pomoc Mirosława Mojsiuszki, który zresztą później z powodzeniem zastąpił go na ławce trenerskiej, natomiast to do Wójcika należało ostatnie słowo. To on posyłał tych chłopców w bój, a oni grali jak z nut – podkreśla Ofiara.

Twórca Wielkiej Jagi potrafił również odpowiednio szafować emocjami. - Na ławce był wulkanem energii i emocji, którego nie powinno się było zaczepiać. Zawsze interesowała go wyłącznie wygrana. Nawet jeżeli zagraliśmy fatalnie, ale zgarnęliśmy komplet punktów, to słabsza gra odchodziła w niepamięć. Natomiast jeżeli przegraliśmy po dobrym meczu, to czekał nas trudny tydzień – opisuje Dariusz Bayer. Zdarzały się jednak inne sytuacje. - Mieliśmy taki mecz w rundzie jesiennej, w którym graliśmy u siebie z Pabianicami. W pierwszej połowie wybitnie nam nie szło. Przegrywaliśmy bodajże 0:2. Schodzimy do szatni, wszyscy schowaliśmy głowy między kolanami i czekamy, aż przyjdzie szef i zacznie się jazda. Nagle wchodzi Wójcik, jak zwykle z impetem, i mówi "Panowie, głowy do góry! Nie jest źle, wygramy ten mecz!". Po kolei jeden na drugiego zaczyna spoglądać. "Zjadł coś? O co chodzi?". Spodziewaliśmy się bury i srogiego opierniczu, a „Wójt” przyjął taktykę, którą ujrzeliśmy po raz pierwszy. Zaczął nas chwalić, zaczął nas podnosić na duchu. Wychodząc na drugą połowę rzeczywiście w to uwierzyliśmy i wygraliśmy 3:2. Po tym spotkaniu zostaliśmy liderem w tabeli – dodaje Jarosław Michalewicz.

O wielkiej ambicji Janusza Wójcika opowiada również jego syn. - Tata zawsze był niezwykle wymagający, wobec siebie i swoich współpracowników, o czym sam mogę powiedzieć najwięcej. Miał coś, co przyciągało. Jego zawsze interesowały tylko najwyższe cele. Nie lubił robić czegoś połowicznie – wspomina Andrzej Wójcik, a Przemysław Ofiara dodaje. - Bardzo dużo wymagał, przede wszystkim od siebie. Pisząc książki, pierwszą i drugą codziennie spotykaliśmy się na takie dwu, dwuipółgodzinne seanse, podczas których trener opowiadał mi różne historie. Zdarzało się, że coś, co z mojego punktu widzenia było fajne jemu nie pasowało. Denerwował się na siebie, że postępująca choroba nie pozwala mu wszystkiego sobie przypomnieć. Mówił, że wrócimy do tematu, jak tylko sobie odświeży pamięć, a po dniu, albo dwóch wracał – wspomina dziennikarz „Super Expressu”.

Przez trzy rundy w latach 1986 – 87 na poziomie II ligi Jagiellonia Wójcika poniosła zaledwie trzy porażki, a awans do elity zapewniła sobie na stadionie w Sosnowcu. Wszyscy piłkarze podkreślają, że dużą rolę odegrał wtedy szkoleniowiec, który nie pozwalał zawodnikom nawet na chwilę odpuścić. - Przy dobrych wynikach pojawia się takie zagrożenie. Kiedy prowadzi się w meczu różnicą dwóch, trzech bramek podświadomie przychodzi rozprężenie. Wówczas jedno drobne niepowodzenie może wprowadzić lęk przed utratą sukcesu. Duża w tym rola trenera, że potrafił nas trzymać w ryzach, a jednocześnie ciągle byliśmy „pod prądem” - podkreśla Jarosław Bartnowski. Wtóruje mu Jarosław Michalewicz. - Nie było możliwości, żebyśmy się poczuli zbyt pewnie, żeby przejść obok meczu mając takiego szkoleniowca. To, że czuliśmy ten awans, tylko nas bardziej motywowało. Baliśmy się nawet pomyśleć o lekceważeniu przeciwnika,. Po prostu Janusz Wójcik by na to nie pozwolił.

Sezon 1986/87 był popisem Jagiellonii, która w cuglach wywalczyła awans do elity. Wtedy też spłonęła słynna kurtka ówczesnego trenera. Tymczasem twórca „Wielkiej Jagi” nie zamierzał się zatrzymywać, tylko wraz z białostocką drużyną chciał iść dalej. - Kiedyś powiedział zdanie, które odnoszę do całego życia, nie tylko do futbolu „Przemciu, jeżeli nie będą się ciebie bać, to będą się z ciebie śmiać”. Myślę, że stąd wziął się jego wizerunek osoby surowej i nie popuszczającej. W szatni budził respekt, a swoją pewnością siebie potrafił zarazić cała drużynę – opowiada Przemysław Ofiara. Podobnie było po awansie Jagi do elity. - Naszego szkoleniowca nie interesowało, czy gramy z rywalem z III, II, czy I ligi. Po prostu mieliśmy wyjść na boisko i dać z siebie wszystko, zostawić mnóstwo zdrowia. Powtarzał, że walką i determinacją można wiele zdziałać – wspomina Janusz Szugzda.

Dość niespodziewanie po 10. kolejce przygoda Wójcika z Jagiellonią dobiegła końca. - Osobiście przyjąłem tę decyzję z bardzo dużym zaskoczeniem. Trener Wójcik pożegnał się z nami po kilku kolejkach. W Ekstraklasie nie poprowadził Jagiellonii nawet przez jedną rundę. Szkoda że nie dano mu szansy na wyjście z chwilowego kryzysu. Wydaje mi się, że on żądał wykonania kolejnego kroku do przodu. Najwidoczniej przerastał tym ówczesny zarząd, a jego wizja rozwoju zespołu rozjeżdżała się z tą wysuwaną przez ówczesnych włodarzy Jagiellonii – wspomina Antoni Cylwik. Nieco inne spojrzenie ma na tę sytuację Dariusz Czykier. - Myślę, że ta formuła się wyczerpała. Nie było już tej „iskry”, a jego motywacje na nas nie działały. Być może byliśmy sobą już trochę zmęczeni. Oczywiście swoje dokładały słabe wyniki. Byliśmy mocno niepocieszeni, ponieważ jeszcze niedawno na dużej euforii wchodziliśmy do I ligi i nagle mielibyśmy z niej od tak spaść? To była rozsądna decyzja zarządu. Oczywiście żaden z piłkarzy nie był przeciwko Januszowi Wójcikowi. Przyjęliśmy tę decyzję ze zrozumieniem, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że nie pomogliśmy mu naszymi wynikami. - W podobnym tonie tę sytuację ocenia Janusz Szugzda. - Moim zdaniem obie strony zmęczyły się sobą wzajemnie. Za dużo wymagał. Cały czas chodziło o pieniądze. Włodarze nie wiedzieli skąd i dlaczego mają brać. Trzeba było zrezygnować z jego usług.

Po odejściu z Jagi „Wójt” trafił do PZPN, w którym powoli piął się w hierarchii, aż do objęcia reprezentacji olimpijskiej. Pomimo upływu czasu nie zapomniał o dawnych znajomych z Jagiellonii. - Po odejściu z Jagiellonii w 1990 roku chciałem zmienić otoczenie, spróbować czegoś nowego. Tak postanowiłem od razu po spadku do II ligi. Już wcześniej w gabinetach toczyły się rozmowy o tym kto zostanie, a kto odejdzie. Ja odpowiednio wcześnie nawiązałem kontakty i wyjechałem. Pewnym problemem było załatwienie odpowiedniego zwolnienia z PZPN-u. Na szczęście bardzo pomocnym okazał się trener Janusz Wójcik, który pomógł mi otrzymać stosowne dokumenty. Nie było to oczywiste, ponieważ w sezonie 1989/90 rozegrałem 27 meczów na 30 możliwych i początkowo nikt w centrali nie chciał się zgodzić na mój wyjazd. To jednak się zmieniło po interwencji mojego byłego szkoleniowca – opowiada Antoni Cylwik.

W tamtym momencie Wójcik prowadził już młodzieżową kadrę, którą brała udział w eliminacjach do Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. - Z tamtymi kwalifikacjami wiąże się pewna anegdota. Trener nie cierpiał, kiedy ktoś rozpraszał jego zawodników jeszcze przed spotkaniem. Absolutnie zakazywał im rozmów kontraktowych w trakcie zgrupowań. Przed spotkaniem z Turcją kątem oka zobaczył, że Andrzej Juskowiak rozmawia w lobby hotelowym z przedstawicielami Sportingu Lizbona. Tamta sytuacja bardzo go zdenerwowała, jednak selekcjoner nie chciał robić scen. Nauczka jednak musiała być. Następnego dnia już w dniu meczu trener ogłosił kadrę meczową, w której zabrakło „Jusko”. Napastnik Lecha Poznań był jednocześnie zdziwiony i zdenerwowany. Przecież miał się pokazać Portugalczykom na boisku, a już wtedy był gwiazdą naszej ligi. Tymczasem trener w swoim stylu powiedział „Andrzejku, ty jesteś bardzo zajęty negocjacjami, to nie będziemy ci przeszkadzać. Pójdziesz na trybuny i tam dokończysz swoje rozmowy, a mu tutaj zagramy mecz” oznajmił Wójcik. Miejsce Juskowiaka zajął Adam Grad, a Polacy wygrali na wyjeździe 1:0. Oczywiście później „Juziu” pojechał do Hiszpanii, został królem strzelców, ale trener dał mu wyraźnie do zrozumienia, że w jego zespole nie ma świętych krów. Liczy się drużyna – podkreśla Przemysław Ofiara.

„Biało-Czerwoni” przy odrobinie szczęścia awansowali na turniej olimpijski do Barcelony, skąd wrócili z medalem. - Był to ostatni medal polskiego zespołu na Igrzyskach Olimpijskich. Niedługo minie 30 lat od tamtego momentu. Jest to jednocześnie ostatni rak głośny sukces polskiej piłki nożnej. Doskonale pamiętam dzień finału. Miałem wtedy siedem lat i z Mamą pojechaliśmy na wakacje do Dębek nad morzem. Wówczas cały ośrodek zasiadł przed 32-calowym telewizorem i wspólnie śledziliśmy losy finału. Dyrektor naszego hotelu posadził mnie i Mamę na pierwszym miejscu podkreślając, że ma u siebie rodzinę selekcjonera. Sam mecz zakończył się pechową porażką Polaków, ale Tata wielokrotnie wspominał, że uznano je za jeden z najlepszych finałów olimpijskich w historii – opisuje Andrzej Wójcik.

Po sukcesie z kadrą młodzieżową wielu widziało „Wójta” w roli selekcjonera pierwszej reprezentacji. Ten jednak poszedł pracować do Legii Warszawa, w której objął stery w sierpniu 1992 roku. „Wojskowi” byli wówczas po ligowej przegranej z… Jagiellonią Białystok. W stolicy spotkał kilku starych znajomych z Jagi. - Mogłoby się wydawać, że sukces z Barcelony trochę go zmienił. Tymczasem do szatni wszedł dokładnie ten sam „Wujo”, którego znałem z czasów gry w Jadze. Nie zmienił się w ogóle. Cały czas były te same gadki motywacyjne. Wszystko bardzo przypominało to, co znałem jeszcze wcześniej w Jagiellonii. Używał tych samych haseł. Wiedział jak organizować drużynę, co, z kim, gdzie i kiedy można – opowiada Dariusz Czykier. Już po sezonie 1992/93 wyciągnął pomocną dłoń do Dariusza Bayera. - Po kilku latach spędzonych we Francji chciałem wracać do Polski. Wtedy przypomniałem sobie o trenerze Wójciku. Zadzwoniłem, powiedziałem jak sprawy się mają i poprosiłem, aby pomógł mi znaleźć coś w Polsce. Nie myślałem kompletnie o Legii. Poprosił o kilka dni na zastanowienie. Po ich upływie znowu się skontaktowaliśmy, a on mówi, abym pakował rzeczy i przyjeżdżał do niego na zgrupowanie do Zakopanego z Legią. Ja pomyślałem sobie „ja do Legii?”, a on odpowiedział „no tak”. Więc spakowałem się, pojechałem, a po tygodniu wziął mnie na rozmowę i oznajmił, że zostaję – mówi trzykrotny mistrz Polski. Właśnie w Zakopanem Wójcik, podobnie jak cały zespół z Warszawy dowiedział się o odebraniu tytułu mistrza Polski. - Mnie to nie dotyczyło, ale pozostali chłopcy bardzo to przeżywali i źle przyjęli tę decyzję PZPN – zaznacza członek Galerii Sław Jagiellonii i dodaje. - Być może wielu miało go za gbura, ale ja poznałem jego inną twarz grając właśnie w Legii. Tam dał się poznać jako normalny człowiek, który zawsze służy pomocą, z którym można o wszystkim porozmawiać.

W trakcie kolejnego sezonu Wójcik nieoczekiwanie zostawił Legię i udał się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. - Po prostu, któregoś dnia wszedł do szatni, tak jak czynił to codziennie i powiedział, że od jutra będzie pracował w ZEA. Jego miejsce zajmie Paweł Janas – wspomina Dariusz Bayer. Sytuację tę dokładniej opisuje Andrzej Wójcik. - Tata nigdy nie mówił nam o swoich planach. Po prostu przychodził do domu i oznajmiał swoje decyzje. Podobnie było z wyjazdem do Emiratów. Po prostu wrócił po pracy i powiedział, że mamy się spakować, bo jutro wyjeżdżamy. Sami nie wiedzieliśmy o co chodzi, a on dodał, że następnego dnia zaczyna pracę w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i zabiera mnie i Mamę ze sobą. Praktycznie wszędzie jeździliśmy za ojcem, niezależnie, czy były to Emiraty, Cypr, czy nawet Syria, chociaż akurat tam przebywaliśmy najkrócej – opowiada syn legendarnego trenera.

W 1997 roku po nieudanych eliminacjach do MŚ Wójcik został selekcjonerem polskiej reprezentacji. - On zawsze marzył o tym stanowisku. Podkreślał, że osiągnął najwyższy pułap. Sam czułem dumę, że mój Ojciec będzie prowadził najważniejszą drużynę w tym kraju. Cel był jeden, awans na EURO 2000 – mówi Andrzej Wójcik i dodaje – Tamta nominacja nie byłaby możliwa gdyby nie wsparcie dwóch osób, prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oraz Dariusza Szpakowskiego, który zorganizował niezapomnianą sondę audiotele, w której naród sam wybrał nowego trenera. Do dzisiaj pamiętam tytuł „Wójcik Narodowym”. W eliminacjach nie wylosowaliśmy najlepiej, ponieważ trafiliśmy na zawsze mocnych Anglików, solidnych Szwedów, a także mających w swoich szeregach duże nazwiska Bułgarów – wspomina syn selekcjonera.

Eliminacje rozpoczęły się wybornie, ponieważ „Biało-Czerwoni” po wygranych w Burgas z Bułgarią i w Warszawie z Luksemburgiem byli liderem grupy. Polacy mogli wykonać krok milowy podczas marcowych potyczek w Anglii i w Chorzowie ze Szwedami. - Pojechaliśmy z Mamą na stadion Wembley. Ona nie wytrzymała z nerwów i opuściła trybuny przed końcem spotkania. Ja z kolei po bramce Brzęczka skakałem z radości, ale szybko na ziemię sprowadził mnie Paul Scholes, którego długo później przeklinałem – opowiada "Wójcik junior". Polacy przegrali wówczas z Anglią i Szwecją i stało się jasne, że walka o awans będzie toczyła się do samego końca eliminacji.

Po czerwcowych wygranych z Luksemburgiem i Bułgarią wróciła nadzieja na sukces. Polakom zostały dwa mecze, z Anglią w Warszawie i Szwecją w Sztokholmie. „Biało-Czerwoni” potrzebowali dwóch punktów, aby awansować do baraży. - Miesiąc przed starciem z „Synami Albionu” Polacy podejmowali Hiszpanów. Wówczas przed meczem trener przygotował niecodzienną metodę motywacyjną. Przed wyjściem na boisko w szatni napisał zawodnikom, że ich rywale być może lepiej grają na gitarach i tańczą flamenco, ale na pewno można z nimi nawiązać walkę na boisku. Czasami takim jednym zdaniem potrafił rozluźnić atmosferę, a jednocześnie zmotywować chłopaków – przytacza anegdotę Ofiara.

Początek września 1999 stał pod znakiem nadchodzącego meczu z Anglikami na stadionie w Warszawie. - Nie zapomnę tamtego oczekiwania. Media w całym kraju żyły zbliżającym się spotkaniem. Pamiętam, że ja sam bardzo to przeżywałem. O dziwo mój Tata bardzo stonowanie podchodził do nadchodzącego starcia. „Trzeba brać wszystko na spokojnie Andrzejku” zawsze mi powtarzał. Weź tu myśl spokojnie. Tamta reprezentacja Anglii opierała się na zawodnikach Manchesteru United, który wygrał wtedy Ligę Mistrzów, a przecież uzupełniali ją zawodnicy Arsenalu, czy Liverpoolu. Mieli wielki potencjał i my z nimi mierzyliśmy się. Rywalizacja zakończyła się bezbramkowym remisem. Ja osobiście czułem niedosyt, ponieważ zmarnowaliśmy jedną stuprocentową okazję do zdobycia bramki. Wtedy zwycięstwo dawałoby nam baraże. Tymczasem już po spotkaniu Tata na chłodno powiedział, że i Anglicy mogli nam strzelić i równie dobrze mecz mógł się zakończyć bramkowym remisem. Myślę, że był umiarkowanie zadowolony z tamtego spotkania, traktował jak zwycięski remis. Losy awansu miały rozstrzygnąć się w Szwecji. Tam, pomimo niezłej gry przegraliśmy 0:2. Był to również ostatni mecz Taty w roli selekcjonera reprezentacji – wspomina Andrzej Wójcik.

Chociaż Polacy nie wystąpili na EURO 2000, to udało im się awansować na MŚ w Korei i Japonii. - Główny szkielet tamtej drużyny tworzyli zawodnicy na których stawiał Tata, jak Wałdoch, Świerczewski, Juskowiak, Dudek, Matysek, Wałdoch, Hajto, Koźmiński. Oczywiście trener Engel potrafił wykreować i postawić na Olisadebe, który wtedy strzelał gole jak na zawołanie, czy braci Żewłakowów – dodaje syn trenera.

W kolejnych latach Janusz Wójcik kontynuował pracę szkoleniową prowadząc m.in. Śląsk Wrocław, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Anorthosis Famagusta Larnaka, Widzew Łódź. W latach 2005-07 był posłem na sejm. W 2009 roku uległ poważnemu wypadkowi, który mocno wpłynął na jego zdrowie. - Ta oraz inne sytuacje uniemożliwiły mu powrót na ławkę trenerską. Myślę, że największy wpływ miały kwestie zdrowotne. Po tamtym wypadku już nigdy nie był „Januszem z Białegostoku”. Sytuacja z 2009 roku mocno na niego wpłynęła. Stopniowo podupadał na zdrowiu. Chciał jeszcze wrócić do swojej ukochanej „piłki kopanej”. W 2017 roku odzyskał nawet licencję trenerską. Miał plany – opowiada Andrzej Wójcik.

Szkoleniowiec napisał również książkę, wspólnie z Przemysławem Ofiarą. - Poznał nas mój były szef w Super Expressie, redaktor Andrzej Kostyra. Na początku trener podchodził do mnie nieufnie. W końcu któregoś dnia nazwał mnie „Misiem”, czyli po swojemu, to znaczy, że mnie zaakceptował. Myślę, że chciał w tej książce zostawić swoisty testament. Miał świadomość, że jest coraz słabszy. Z czasem zaczął mnie traktować jak kogoś bardzo bliskiego. Nawet kiedy już nie pracowaliśmy wspólnie, nie było tygodnia, aby do mnie nie zadzwonił i nie ucięlibyśmy wspólnej pogawędki. Co ciekawe, zawsze podczas tych rozmów wracał do Jagiellonii i czasu spędzonego w Białymstoku. Jest to o tyle zaskakujące, że przecież na Podlasiu mieszkał nieco ponad półtora roku – wspomina Przemysław Ofiara.

Janusz Wójcik po raz ostatni pojawił się na stadionie przy Słonecznej w czerwcu 2017 roku. Wtedy wraz z byłymi piłkarzami Jagiellonii został uhonorowany z okazji 30. rocznicy historycznego awansu „Żółto-Czerwonych” do elity. - Pamiętam, że Tata pojechał na jakiś mecz, ale za bardzo nie chciał mówić, dokąd jedzie. Dopiero rano zobaczyliśmy koszulkę Jagiellonii i pamiątkowy album. Wtedy zdradził, że był w Białymstoku. Przy rodzinnym obiedzie otworzył się i bardzo miło wspominał tamten dzień. Cieszył się, że po wielu latach znowu spotkał się z zawodnikami, których wprowadził do Ekstraklasy. Odbył się bankiet na tym samym stadionie, na którym przed laty prowadził Jagiellonię. Kilka tygodni później odbyła się również uroczystość z okazji 25-lecia medalu w Barcelonie. Pojawili się na nim prawie wszyscy zawodnicy, którzy w 1992 roku zostali wicemistrzami olimpijskimi – opowiada Andrzej Wójcik.

Syn członka Galerii Sław wspomina również swoje ostatnie spotkanie z Ojcem. - 19 listopada razem oglądaliśmy w restauracji mecz Legii Warszawa z Górnikiem Zabrze. Świętowaliśmy urodziny Taty, który dzień wcześniej skończył 64 lata. Co ciekawe, był on bardzo zamyślony, ale kiedy tylko wspominał Jagiellonię od razu wrócił ten błysk w oku. Wielokrotnie wracał do chwil spędzonych w Białymstoku – wspomina.

Janusz Wójcik zmarł nieoczekiwanie 20 listopada 2017 roku. - Niedługo miną trzy lata od momentu, w którym Tata od nas odszedł. Dzisiaj pozostaje nam kultywowanie pamięci o Nim, w końcu noszę jego nazwisko. Wspólnie z Mamą jakoś sobie radzimy. Cieszę się również, że Tata został doceniony przez Jagiellonię. To duża satysfakcja, że znalazł się w Galerii Sław – nie kryje radości Andrzej Wójcik.

Jaką osobą był „Wujo”? - Wielu ocenia go jako osobę kontrowersyjną chociaż ja nie zgadzam się z tymi opiniami – mówi syn byłego selekcjonera. - Na pewno nie był „grzecznym chłopcem”, ale był charakterny i sam lubił charakternych zawodników – dodaje Dariusz Bayer. - Moim zdaniem po Michale Probierzu najwybitniejszy i najbardziej zasłużony trener dla tego klubu – zakończył Antoni Cylwik.